środa, 21 marca 2018

Wiosno, wiosno...gdzie jesteś?

Wiosno, wiosno...gdzie jesteś?
Astronomiczna wiosna wystartowała, kalendarzowa również, więc postanowiłam wyleźć z nory i oznajmić, że żyję :-)  Kiedy to ja ostatnio pisałam? Yyyy..tak dawno, że nie spodziewałam się, że jeszcze ktoś tu zagląda, ale o dziwo, co jakiś czas dobre ogrodowe duszyczki piszą przemiłe komentarze i mobilizują mnie do wygrzebania się z blogowego niebytu. Dziękuję!



Jesień i zima upłynęły mi nad wyraz szybko i bezboleśnie. Zwykle ten czas mi się dłuży niemiłosiernie, a krótkie dni wpędzają w chandrę. W tym roku jednak było inaczej. W zasadzie nie pamiętam jeszcze tak aktywnego okresu poza sezonem ogrodowym (ha ha ha) ale to z innych względów. Ogrodowo niewiele się działo. Po jesiennych zawirowaniach (dosłownie i w przenośni, orkany wiały i to mocno) znajoma ekipa ogrodnicza pomagała mi odgruzować ogród z wszechobecnych różanych liści, a powyginane drzewa i pergole dostały niezbędne wsparcie. Zwyczajowo już, poza silnym wiatrem i epizodycznym mrozem, zimy w tym roku u nas w zasadzie nie było. Pamiętam zaledwie kilka dni ze śniegiem, gdy piszczałam z radości, że uda mi się obfocić cisy ze świątecznymi światełkami w śniegu.







Taki śnieżny krajobraz zwykle utrzymywał się kilka godzin, więc musiałam się sprężać, ale udało się i jakoś zatrzymałam w kadrze białą odsłonę ogrodu. Potem ogród był troszkę na uboczu, tradycyjnie nadrabiałam literaturę ogrodową i nie tylko, ale mniej więcej od Gardenii stoję w blokach startowych, swędzi mnie sekator i budzi się we mnie ogrodnicze zwierzę. Ciąć, ciachać, kopać, grabić, aaaaa!
Jest to tylko jeden drobiazg, taki tyci tyci kłopocik. Gardenia w tym roku wystartowała pod koniec lutego, czyli mniej więcej wtedy gdy przyszła prawdziwa zima. Nie, nie taka piękna, malownicza zima z cudownymi czapami śniegu na cisach, jaką witamy z otwartymi ramionami w grudniu, o nie! Zima na przełomie lutego i marca z kilkunasto stopniowym mrozem i przenikliwym wiatrem, który sprawia, że nawet szybka runda po drewno do kominka to wyprawa.






Szybko skalkulowałam, że skoro mi tak zimno w czapie i polarze, to co mają powiedzieć te bidulinki przebiśniegi, które zaczęły nieśmiało rozkwitać w lutym? Bez większego namysłu (a szkoda...) zawzięłam się w sobie, opatuliłam się po szyję i wytargałam kilkanaście kubełków kompostu liściowego, żeby okryć kępki przebiśniegów. Potem poszłam za ciosem i dokupiłam 10 worków kory żeby rozsypać na pierwsze zielone noski żonkili, krokusów i tulipanów. W poczuciu dobrze wypełnionego ogrodniczego obowiązku czekałam na lepsze dni.







W końcu przyszło kilka ciepłych dni i postanowiłam rozgarnąć kopce, bo wiadomo, bez światła będą się wyciągać, zżółkną etc. Po odkopaniu przebiśniegów okazało się, że dość mocno je zmasakrowałam tymi pierzynkami z kompostu, ale szczęśliwie, nie wszystkie udało mi się okryć, a te które mi umknęły w szale okrywania... wyglądały doskonale. Po raz kolejny ogrodnicza nadgorliwość nie wyszła mi na dobre, a przyroda poradziła sobie lepiej bez mojej interwencji. Rozgarnęłam korę z pozostałych cebulowych (oczywiście czosnki też połamałam) i kiedy już na dobre wystartowały zielone pióropusze czosnków i krokusów, a przebiśniegi rozchyliły czapeczki..  znowu przywiało arktyczne mrozy. Tym razem zima zaskoczyła nie tylko drogowców, bo mi też jakoś umknęły te prognozy i nie zdążyłam niczego przysypać. Może na szczęście? ;-)



Połowa marca minęła i choć słyszałam już nieśmiały śpiew kosa, to wiosna jeszcze mocno w powijakach.  Mróz wyhamował wiosenne symptomy w ogrodzie, a ziemia wciąż zmrożona i wcale nie dziwię się, że nawet krokusom nie chce się wyłazić. Zielone jeszcze niedawno kiełki narcyzów Tete-a- Tete, teraz smętnie wystają nad ziemią zaschnięte. Pierwsza pszczoła już się obudziła i zawzięcie zbierała pyłek z przebiśniegów, ale co ona biedna pocznie w ten mróz??



Sprawdziłam zdjęcia z lat ubiegłych z tego okresu i takiej bidy w marcu moja biblioteka zdjęć nie pamięta. Na palcach mogę policzyć aktualnie kwitnące krokusy i gdyby nie przebiśniegi od mojej kochanej babci, to nie wiem na co bym patrzyła z kuchennego okna.



Wracając jednak do tego, co udało się zrobić, zanim zima postanowiła się rozgościć w marcu. Wykorzystałam dwa cieplejsze weekendy w lutym, gdy świeciło słonko i pachniało wiosną na przycięcie glicynii. Dla tych, którzy jeszcze tego nie zrobili to ostatni dzwonek. Tniemy nad trzecim oczkiem, pozostawiając krótkopędy na których rozwiną się kwiaty. Albo i nie, jeśli mróz je skosi w maju, ale tym nie będę się teraz martwić ;-) W każdym razie przyciąć trzeba bo inaczej glicynia pójdzie w masę liściową i plątaninę pędów, która w krótkim czasie zarośnie swoją podporę, rośliny obok, a jeśli jest ich cztery - jak u mnie - to również z powodzeniem może zarosnąć dom i cały ogród zanim rozpędzi się na działkę sąsiadów :-) Więcej o moich glicyniach możecie poczytać TU.



Glicynie przycięte, więc czas na róże. Gdyby nie przenikliwy mróz na pewno startowałabym już z cięciem, nie czekając na kwitnące forsycje. Nigdy na nie nie czekam, a cięcie nierzadko zaczynam już w lutym. W tym roku grafik mam nieco bardziej napięty, a pogoda też nie współpracuje, więc róże czekają na lepsze dni. Moje i pogodowe.



Cięcie róż powinno się doczekać rzetelnego postu i ...może się kiedyś doczeka, a tymczasem ja czekam na wiosnę. I to nie tylko astronomiczną, która od wczoraj, ani nawet nie kalendarzową, która od dzisiaj, ale na tą prawdziwą, gdy z przyspieszonym tętnem masz ochotę biec do ogrodu i przy akompaniamencie niestrudzonego kosa witać każdą kiełkującą roślinkę i pączek jak starych znajomych. Tymczasem, wyjrzałam przez okno - pada śnieg. O nieeeeeeeeee!

niedziela, 10 września 2017

Lawendowe LOVE

Lawendowe LOVE


Pewnie część z Was ze zdziwieniem przyjęła temat kolejnego posta - lawenda? Przecież mamy końcówkę lata, jesień na horyzoncie... Tak, wiem, że lawenda już dawno przekwitła (choć niektóre krzaczki zdążyły zakwitnąć ponownie!) zapach uleciał z ogrodu, a pszczółki już przerobiły lawendowe pyłki na miodek, ale post musiał dojrzeć do publikacji. Dojrzewał długo ale może przynajmniej dla niektórych będzie ciekawy i zainspiruje Was do sadzenia lawendy wiosną, aby przez kolejne lata cieszyć się z jej uroków.

Odkąd zaczęłam przygodę z ogrodem, lawenda wydawała mi się naturalnym wyborem, bo ma opinię bezobsługowej krzewinki, która przy odpowiedniej glebie i stanowisku może być cenną ozdobą ogrodu, a przy tym sprzymierzeńcem ogrodnika pasjonującego się uprawą róż. Mimo że optymalne warunki uprawy lawendy odbiegają od tych preferowanych przez róże (lawenda naturalnie porasta kamieniste i piaszczyste ziemie południa Europy, a róże zdecydowanie wolą tłuste gliny dobrze zatrzymujące wodę) w duecie wyglądają i radzą sobie zaskakująco dobrze. Poza względami estetycznymi, lawenda działa odstraszająco na mszyce, zatem posadzona jako żywopłocik przy niskich różach może być dodatkowym atutem.

Lawendowa obwódka rabaty różanej 

Zapach wydzielany przez lawendę to jednak przede wszystkim źródło fantastycznej aromaterapii dla ogrodnika! Nic nie działa na mnie tak kojąco, jak spacer wzdłuż lawendowej ścieżki, która przy najmniejszym ruchu wiatru wydziela swój zniewalający zapach! Ba, nawet plewienie w lawendzie to przyjemność, bo odurzona zapachem mogę klęczeć w jednym miejscu kilka minut i delektować się (sic!) wyrywaniem chwastów..tak, tak na mnie działa lawenda! Oczywiście, są tacy, którym kompletnie nie leży zapach lawendy, kojarzony z ciężką wonią wydzielającą się z babcinej szafy, albo gorzej... z toalety! Grhhhh... ;-)



Jestem jednak zdania, że zapach lawendy ogrodowej i ten sztuczny, stosowany w perfumowanych detergentach to dwie różne bajki i nie da się go w żaden sposób porównać. Zostanę więc przy swoim niegasnącym zachwycie dla jej aromatu. Poza olejkami eterycznymi wydzielanymi przez lawendę, warto wspomnieć o innych atutach - to fantastyczny wabik na motyle i pszczoły w ogrodzie, a także inne stworzenia, które korzystają z jej walorów.



Jaszczurki wylegują się na pędach lawendy

Co zatem zrobić, żeby cieszyć się z bujnej lawendy w ogrodzie? Najistotniejsze jest przygotowanie stanowiska, stworzenie warunków możliwie zbliżonych do rodzimych, czyli przepuszczalnej gleby o wapiennym odczynie i słonecznej wystawy. Na piaszczystej ubogiej glebie, jak na mojej nowej działce, lawenda urośnie bez najmniejszego problemu i sadzenie powinno być czystą formalnością. Wsadzić zielonym do góry, podlać i zbierać plony. Jeśli w ogrodzie macie glinę, to wyłącznie powód do radości, bo na takiej ziemi urośnie absolutnie wszystko, ale żeby lawenda polubiła Wasz ogród, trzeba włożyć w proces sadzenia nieco więcej wysiłku. Gdy ja sadziłam lawendowy żywopłocik na brzegu różanej rabaty, wykopałam niewielki rów, który wypełniłam kamieniami (dla warstwy drenażu), popiołem (dla podwyższenia PH gleby) i odrobiną ziemi (w końcu musi w coś zapuścić korzenie ;-)). W tak przygotowane podłoże sadziłam moje lawendy i od kilku lat z powodzeniem rosną w glinie. Co jakiś czas podsypuję ją wapnem lub popiołem i oczywiście regularnie tnę.

Lawenda po wiosennym cięciu
Wiosenne cięcie przeprowadzam zwykle na przełomie marca/kwietnia, w zależności od pogody, wybierając słoneczny dzień. Najlepsze do tego zabiegu są długie nożyce żywopłotowe, ale oczywiście tniecie jak lubicie. Wysokość cięcia zależy od wieku krzewinek, starsze egzemplarze tniemy nieco wyżej uważając, aby nie ciąć pędów całkowicie zdrewniałych bo ich zdolność regeneracji jest mocno ograniczona. Młode przyrosty wyrastają zazwyczaj z krótkopędów, natomiast ze zgrubiałych części krzewu już mniej, więc możemy łatwo oszpecić krzaczek tnąc zbyt nisko. 

Lipcowe cięcie lawendy
Ze względu na to, że u mnie lawenda rośnie w formie niskiego żywopłotu, podczas cięcia staram się zachować kształt walca, ale w przypadku swobodnie rosnących krzewinek warto nadawać jej podczas cięcia kulisty kształt, podcinając nieco niżej pędy dolne i stopniowo pozostawiając wyższe ku górze.



Kolejne cięcie wykonujemy w lipcu, ale precyzyjny timing będzie dyktowany tym, czy mamy w planach jakieś konkretne przeznaczenie dla ciętej lawendy czy też wykonujemy standardowy zabieg pielęgnacyjny. Jeśli tniemy lawendę na bukiety czy wianki, warto wybrać moment szczytu kwitnienia czyli kwiaty powinny być rozwinięte w pełni, ale dobrze, aby jeszcze nie zasychały. Jeśli natomiast widok uwijających się przy niej pszczółek i motyli napawa Was niestygnącym zachwytem i nie macie serca żeby wykosić im stołówkę, to spokojnie czekacie, aż zbiorą pyłki i ścinacie przekwitłe kwiatostany, a przy okazji mamy sporo materiału do wysiewu kolejnych.

Pracowite pszczółki uwijają się przy lawendowym pyłku

Lawenda bez problemu wysiewa się też sama, bez naszego udziału, nawet w takim ogrodzie jak mój gdzie, po pierwsze primo - nie ma centymetra kwadratowego wolnej przestrzeni, a po drugie primo dominuje glina. Lawenda znajduje szczeliny między kamieniami na ścieżce i tam wyrasta bez najmniejszego problemu. Żadnej lawendy z poniższego obrazka nie posadziłam samodzielnie - to wyłącznie siewki.


Ale wracając do lipcowych lawendokosów - bardzo lubię ten moment gdy przez kilka dni z rzędu mogę ciąć lawendę i potem przerabiać ją na różne sposoby. Plotę wianki, robię bukiety, woreczki zapachowe (potpourri) i fusetki, czyli lawendowe wrzeciona z kolorowych wstążek. Wianki plotę na gotowej bazie ze słomy lub jeśli ma być lżejszy, najpierw wyplatam podstawę wianka z pędów winobluszczu i potem przykładam lawendę w mini-bukiecikach, oplatając całość niezbyt grubym drutem florystycznym.

Ścięta lawenda czeka na przerobienie
Tutaj plecie się wianek na drzwi

Jeden już gotowy - ozdobił lustro w salonie
A drugi trafił na drzwi wejściowe
Bukieciki gotowe do suszenia - najlepiej suszyć lawendę w ciemnym,  przewiewnym pomieszczeniu

aromatyczne woreczki można powiesić w garderobie


O fusetkach napiszę kilka słów, bo jeśli jeszcze nie próbowaliście, serdecznie zachęcam! To duża frajda i efektowny, lawendowy souvenir, który potem przypomina nam upalne dni lata. Zaplatamy go z najdłuższych pędów, więc warto sięgnąć po odmiany wyższe, np. Grosso, Provence, Hidcote Giant.

Niezbędnik do wyrobu fusetki - lawenda, wstążki i nożyczki :-)

Dobieramy dowolny kolor wstążki o szerokości do pół centymetra i zaplatamy coś na kształt berła, różdżki. Tutoriale opisujące dokładnie tą technikę zaplatania są powszechnie dostępne, więc nie będę się rozwijać w temacie, ale zachęcam żeby spróbować. Poza niewątpliwie przyjemnymi doznaniami aromatycznymi będziemy mieć interesującą dekorację, a przy tym możemy spędzić przyjemne popołudnie :-) 

Gotowe fusetki
Jeśli mamy już coś dla ducha i oka, to można jeszcze wykorzystać lawendę przygotowując coś dla ciała :-D Ja piekłam maślane ciasteczka z lawendą, przygotowywałam czekoladowe trufle i lawendowe lody, a dla entuzjastów mocniejszych wrażeń - lawendową nalewkę. Możliwości jest wiele, ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Lawendowe ciasteczka maślane

czekoladowe trufle z lawendą

syrop lawendowy
Zachęcam do korzystania z walorów tej uroczej krzewinki, a przede wszystkim do sadzenia jej w ogrodach - nawet jeśli nie będziemy jej zjadać czy ciąć na bukiety, zrobimy niesamowitą przysługę wielu innym stworzeniom. A przy tym możemy do woli fotografować odurzone zapachem trzmiele i motyle...czego chcieć więcej? :-)





sobota, 2 września 2017

Opowieści o różach tego lata - cz.3

Opowieści o różach tego lata - cz.3
Gdy obsadzałam altanę w narożniku działki 5 lat temu, miałam przed oczami bajeczny Biały Ogród w Sissinghurst, w Anglii i ramblery spowijające sklepienie kutej konstrukcji w centralnej części tego założenia. Wymyśliłam sobie więc, że posadzę przy niej 3 białe róże. Zależało mi na tym, żeby przez kilka tygodni dach altany pokrywał się gęstą peleryną z kwiatów o otwartych pylnikach, przy których mogłyby swobodnie urzędować pszczoły i inne bzyki. Wiedziałam, że decydując się na ramblery nie będę mogła liczyć na powtórkę kwiatów późnym latem, ale to nic. Sześć tygodni bajecznych kwiatów miało być widowiskiem, na które chciałam czekać cały rok, a bonusem miał był spektakl, który czeka jesienią z masą pomarańczowych kiści owoców, które dekorują krzew aż do mrozów, a potem są cenną stołówką dla ptaków.
Wybór padł na ramblera Bobbie James, przed którym mnie ostrzegano, że u nas rzadko kiedy osiąga pokaże rozmiary bo zwykle przemarza (nawet w Wielkopolsce), ale że uparte ze mnie stworzenie to chciałam jednak spróbować. Jako drugi posadziłam Lykkefund, również rambler, choć w przeciwieństwo do kolczastego Bobbiego, niemal zupełnie bezkolcowy, ale również lubiany przez pszczoły ze względu na otwarty kwiat i dostępne dla owadów pylniki. Jako trzeci miał być posadzony Paul's Himalayan Musk, który ma lekko różowe kwiaty, ale akurat przez dwa kolejne lata nie był dostępny (obie sadzonki okazały się pomyłkami), więc ostatecznie wybrałam Rambling Rector, kwitnącego w kiściach białych kwiatów. Przy czwartym filarze posadziłam Perennial Blue - postanowiłam, że aby nie było zbyt monotonnie to dosadzę jedną w odcieniu amarantowym. Perennial Blue sporadycznie powtarza kwitnienie jesienią ale baaardzo skromnie, więc niemal niezauważenie. Po 5 latach od posadzenia róże całkowicie zarosły sporą metalową altanę i pokryły dach na tyle szczelnie, że nawet w czasie deszczu mogę się schować w swojej świątyni dumania i na ławeczce kontemplować uroki ogrodu.


Z ramblera Paul's Himalayan Musk jednak nie zrezygnowałam - bardzo podoba mi się zestawienie blado różowych pączków i białych kwiatów, które bardzo obficie pokrywają krzew. Z braku lepszej miejscówki posadziłam go przy płocie - w ciągu 2 sezonów ma już ogromne przyrosty i bardzo obficie kwitnie. Poza tym nie przemarzł nawet na centymetr i jest zupełnie zdrowy, więc jeśli ktoś ma miejsce to serdecznie polecam tą odmianę. U mnie w towarzystwie wiciokrzewu Graham Thomas, który początkowo traktowałam testowo, żeby sprawdzić, czy zestaw nie będzie byt mdły, ale ta nietypowa, blada kompozycja pasteli urzekła mnie swoją delikatnością i została na dłużej.

Paul's Himalayan Musk, G. Paul, 1916

Zestaw kolorystyczny  i wigor obu gatunków do tego stopnia mnie przekonał, że PHM z wiciokrzewem GT posadziłam na drugiej  działce pod lasem. W sumie siedem czy osiem krzewów wzdłuż jednej granicy działki,  obsadziłam tym duetem jesienią 2016. Z radością donoszę, że PHM bez uszczerbku przetrwał zimę, przyjął się i puszcza pędy, a GT już nawet kwitł w tym roku :-)
Oczywiście to zbyt wcześnie aby oceniać, jak dadzą sobie radę róże w tych ekstremalnych warunkach i ubogiej glebie, ale w pierwszym roku wyglądają lepiej niż przyzwoicie! Liście zielone, zdrowe, a pędy coraz dłuższe, więc w przyszłym roku powinny już coś pokazać. Będę focić i dokumentować postępy PHM, choć nie liczę na cuda - w ciągu 3 lat raczej nie dorówna koledze, który na tłustej glinie w moim aktualnym ogrodzie wygląda tak:




Mimo niezbyt szczęśliwej miejscówki - za hortensjami bukietowymi, wciśnięty pod płot i zapomniany przez większość sezonu, daje sobie wyśmienicie radę. W pierwszym roku pokrzywy w tym kącie ogrodu były wyższe niż pędy PHM, a teraz..proszę, proszę...wola życia roślin zadziwia mnie za każdym razem, gdy o tym pomyślę..

Wiciokrzew pomorski Graham Thomas
Jeśli jestem przy ramblerach, to może opowiem o pozostałych, bo to jedne z tych róż, które zwyczajnie nie zawodzą. Nie wymagają też praktycznie żadnych zabiegów z mojej strony poza pilnowanie by nie zarosły wszystkiego, co rośnie w pobliżu ;-)

W południowo-wschodnim narożniku ogrodu, na tle ciemno zielonej ściany ze świerków serbskich posadziłam ramblera White Flight. Zakochałam się w tej róży podczas pierwszej wizyty w Rosarium Europa, w Sangerhausen. Odwiedzałam rozarium w połowie lipca, gdy większość róż miała już moment świetności za sobą, a duży kuty filar opleciony White Flight przykuwał wzrok z daleka. Nie dość, że kwiatów było wciąż bardzo dużo, to uwagę zwracały piękne, zdrowe liście. Po powrocie szukałam tej odmiany w polskich szkółkach, ale po bezskutecznych próbach zamówiłam egzemplarz w niemieckiej szkółce. Późną jesienią, pod koniec listopada posadziłam krzew z nagim korzeniem i po 3 latach uzyskałam efekt, który tak mnie oczarował w Sangerhausen. Jako podporę zaprojektowałam okrągły trejaż w formie walca, który jest wysoki i stabilny, a róża oplata go do samej góry.

White Flight, Koster, 1923r.

Kwiaty są skupione w kiściach, pełne (do 40 płatków) i bardzo trwałe. Róża kwitnie ok. 6 tygodni, jest odporna na deszcze i dobrze znosi półcienistą wystawę. W ubiegłym roku zakątek wzbogacił się o ławeczkę z piaskowca i oświetlenie solarne dzięki czemu mogę tą różę podziwiać nawet wieczorami w świetle reflektorów. Odmiana zasługuje na godną oprawę i te wszystkie zachwyty, bo naprawdę wyróżnia się w na tle pozostałych.

White Flight w towarzystwie powojnika Blue Angel
Róża White Flight przypomina mi inną cenną odmianę ramblera, którą mam w swoim ogrodzie  - Rosa Filipes Kiftsgate. Kwiaty są nieco inaczej zbudowane, bardziej otwarte, pęciopłatkowe z żółtymi pylnikami. Delikatnie pachnie, a pędy ma niemal bezkolcowe, co jest dużym atutem, bo większość ramblerów jest mocno kolczasta (Bobbie James, wrrr.....). Kiftsgate w optymalnym warunkach dorasta do 15 metrów, więc to prawdziwy olbrzym wśród róż. Rosa Filipes pochodzi z Chin, ale nazwę zawdzięcza egzemplarzowi, który od wielu lat rośnie w posiadłości Kiftsgate Court, w Anglii gdzie wspina się po drzewach z nieprawdopodobnym wigorem. U nas zapewne takich rozmiarów nie osiągnie, ale postanowiłam się układać jej pędy horyzontalnie wzdłuż płotu i po kilku latach prezentuje się całkiem okazale.

Kiftsgate, E.Murell 1954



Na dwa posadzone egzemplarze, jeden okazał się być pomyłką. Zwykle takie "niespodzianki" nie wzbudzają mojego entuzjazmu, bo zamysł był inny, koncepcję kolorystyczną frontu diabli wzięli etc, etc, ale tym razem trafiła mi się prawdziwa perełka! Dzięki pomocy Ewy z Rozarium, zidentyfikowałyśmy omyłkowo przesłaną różę, jako ramblera Maria Lisa. Szczęśliwie, miałam materiał porównawczy, ponieważ podczas wizyty w Rosarium Europa miałam okazję podziwiać przepiękny okaz tej odmiany. Posadzony jako soliter na trawniku wyglądał jak imponująca fontanna karmazynowych kwiatów. Z racji tego, że to też rambler, który z powodzeniem mógł obrastać ogrodzenie, został na swoim miejscu i co roku zachwyca nawet zupełnie obojętnych na ogrody przechodniów.


Maria Lisa, B. Alfons, 1925


Maria Lisa w duecie z First lady, Tantau, 2005
Jedynym zabiegiem pielęgnacyjnym, jaki wykonuję  co roku przy tej róży to wycinanie wiosną zaschniętych pędów i upinanie najdłuższych do ogrodzenia. Obcinam też resztki owocostanów, które od jesieni gęsto zdobią ten krzew. Kosy są wniebowzięte :-D

Ze względu na otwarte pylniki, róża jest chętnie odwiedzana przez pszczoły






Pry płocie dosadziłam też kilka powojników viticella przesadzonych z innej części ogrodu, których nie miałam gdzie wcisnąć. Z trudem, ale radzą sobie i tworzą zgrany kolorystycznie zestaw z Marią Lisą. To kolejny argument przemawiający za posadzeniem tej odmiany, niemal w każdym towarzystwie będzie jej dobrze, a przy tym jest całkowicie bezobsługowa. Jedyne co powinniśmy jej zapewnić, to przestrzeń - aby mogła w pełni uwydatnić swoje wdzięki.





Mogłabym ją fotografować bez końca - gdy zakwita bije na głowę nawet łuki z New Dawn (widoczne w tle).

Jeśli zatem macie tylko miejsce na nieco większe róże pnące, z całego serca polecam sadzenie ramblerów - nie dość, że zachwycą Was kwitnieniem, to jeszcze bez wątpienia będą mniej kłopotliwe niż klasyczne róże wymagające niemal nieustannej troski. W taki sezon jak tegoroczny, gdy frustracja chorobami grzybowymi i szkodnikami mocno wystawia na próbę różaną miłość warto mieć w swoim ogrodzie odmianę, którą można zwyczajnie....podziwiać.




Jeśli mowa o sadzeniu róż - nie wiem czy po tak niewdzięcznym dla róż lecie z entuzjazmem weźmiecie się za sadzenie kolejnych, ale jeśli planujecie różane nabytki polecam wstrzymać się z sadzeniem, przynajmniej do listopada. Wiem, że fajnie byłoby mieć temat z głowy, gdy jest jeszcze ciepło i przyjemnie niż grzebać zdrętwiałymi rękami w mokrej ziemii jesienią, ale naprawdę nie warto. Róże są jeszcze w trakcie mocno rozpędzonej wegetacji i posadzone teraz mają znacznie mniejsze szanse na przyjęcie. Co więcej, najlepsze oferty na zakupy różane znajdziecie jesienią - warto zamawiać też ze sprawdzonych źródeł, nawet jeśli oznacza to o kilka złotych droższą sadzonkę. Z moich doświadczeń wynika, że róża w pierwszym gatunku z kilkoma silnymi pędami i mocnym systemem korzeniowym po 2-3 latach osiąga już rozmiary, jakich nędzne chucherko z cienkimi korzonkami nie osiągnie nawet po 5 latach. Kupując więc dobre sadzonki, zyskujecie na czasie, a róża będzie Was cieszyć znacznie dłużej, bo mocny krzew jest też bardziej odporny i zdrowszy. Udanego sadzenia!

Copyright © 2016 Ogródek Robaczka , Blogger