niedziela, 19 marca 2017

Kolory wiosny

Kolory wiosny
Ten post odkładam już ponad dwa tygodnie i mimo, że pisałam, kasowałam, pisałam i znowu...to z każdym dniem trudniej mi było skończyć te przemyślenia i zebrać rozchwiane myśli. Sporo się ostatnio dzieje w moim poza ogrodowym życiu i niestety na wszystkie przyjemne tematy brakuje czasu. Ale co ja Wam będę opowiadać o tym, że doba ma tylko 24 godziny...wszak wiosną ogrodnicy jak mało kto ścigają się z czasem.

Cieszynianka 



Porządki w ogrodzie mam rozgrzebane po całości :-/  Tydzień pracujący nie daje wytchnienia, a w weekendy z pogodą bywa różnie. Urlop w perspektywie, ale gasnącej z dnia na dzień..
Gdy sięgam do fotek z ubiegłego roku, o tej porze miałam już wygłaskany cały ogród, a teraz jestem w lesie. Róże tnę, ale końca nie widać, tony różanych liści już wymiecione, ale postęp ledwie zauważalny. Cebulowe kwitną i cieszą, ale gdy wracam z pracy jest zbyt ciemno żeby je fotografować, więc zdjęć niewiele... W dodatku długo planowane prace na weekend diabli wzięli, bo pogoda nie dopisała. Całą sobotę padało i wiało tak, że psa z kulawą nogą nie wygoniłabym na zewnątrz. Dzisiaj było nieco lepiej pogodowo, ale tym razem z grabiami nie było mi po drodze.  Entuzjazm do porządków wziął i wyparował. 

Krokus 'Ruby Giant'
Co roku mam taki moment zwątpienia wczesną wiosną, ale szczęśliwie szybko stawiam diagnozę i co więcej, wiem co mi wtedy pomaga :-) KOLOR. Mimo że krokusy już kwitną na całego, generalnie o tej porze w ogrodzie kolorów jak na lekarstwo, więc szukam tego koloru gdzie się da.
Regularnie wprowadzam korekty na wiosennych rabatach, żeby uzyskać jak najwięcej wczesnowiosennego koloru, ale nic tak nie podbija endorfinek, jak kwitnące donice.
Uwielbiam donice, zwłaszcza wiosną. Sadzę w nim przeróżne kompozycje, począwszy od cebulowych, które upycham w doniczki nawet w styczniu, gdy obłowię się na późnych wyprzedażach, a ziemia zbyt zmarznięta na sadzenie w gruncie.

Najbardziej lubię terakotowe donice, pasują niemal do wszystkiego i mają dobrą przepuszczalność. Dno wypełniam kawałkami styropianu dla dodatkowego drenażu.  Można też dać żwirek, ale te donice są wystarczająco ciężkie, żeby były stabilne, poza tym styropian wypełnia je przynajmniej w części i mogę zużyć nieco mniej ziemi. Do donic stosuję taką mieszankę jaką akurat mam, zwykle mix ziemi ogrodowej z kompostem i dodatkiem piasku albo perlitu. Do tego dwie garści mączki kostnej i gotowe. Świetny jest kompost liściowy, więc jeśli macie to polecam, idealne medium do cebulowych. 

donicowe ceebulove
Donice obsadzam  pięterkami: na dno daję cebule żonkili - są największe i wzejdą jaką ostatnie, w kwietniu. Potem tulipany, a na sam wierzch -  krokusy. Jako ściółkę stosuję kompost liściowy, albo drobną korę, ale czasem jakieś kocie przybłędy wydrapują mi cebule z donic, więc zaczęłam je dodatkowo okrywać mchem. Mech zbieram na spacerach w lesie, ale śpieszę z wyjaśnieniem, że  nie dewastuję poszycia - zbieram tylko taki przeryty przez dziki, którego u nas pełno. Czasem uda mi się jakiś ukorzenić i wtedy rozkładam go pod sosny.

Ta sama donica 2 miesiące później - przekwitły już  krokusy i tulipany, teraz czas na żonkile
 Jeśli trafi mi się jakaś dzika okazja wyprzedażowa, to sadzę w co się da, czyli plastikowe pojemniki po innych roślinach, które namiętnie kolekcjonuję. Nigdy nie wiadomo kiedy się przyda, co nie??
I tak, w zeszłym roku 500 krokusów kupionych za grosze na wyprzedaży,  których żal było nie kupić, (sami rozumiecie..) trafiło do plastikowych donic.

Krokusy wsadzone do donic w garażu 17 stycznia. W marcu kwitną jakby nigdy nic :-)
 Estetyka ważna rzecz, więc żeby im nie było tak łyso w tych plastikach, dostały jutowe sukienki :-)





Krokusy bardzo lubię i co roku dosadzam. Te z donic powyżej trafiły jesienią do sadu na nowej działce. Zobaczymy jak sprawdzą się w nowej lokalizacji :-)
Co roku w donicach mam też miejsce na drobne narcyze odmiany Tete-a-Tete. W zasadzie jako jedyne z żonkili nie gniją, nie marudzą i co roku kwitną niezawodnie. Uwielbiam te małe, radosne słoneczka! Gdy przekwitną w donicach wsadzam je do gruntu i co roku jest ich więcej.

Pod jodłą kalifornijską - od wczesnej wiosny kwitną tu ranniki, a potem miejsca ustępują  narcyzom. Patrzę na nie codziennie, z kuchennego okna. Promyk optymizmu, nawet w pochmurny dzień!
Cebulki wykopywane z donic przyjmują się bez problemu. Z szafirkami wyglądają cudnie!
Sprawdzają się w słońcu, w cieniu, w gruncie i w donicy.  Zestawiam je w różnych kombinacjach, ale najbardziej lubię z szafirkami i szachownicami. Zakwitną wszędzie, nawet bez ziemii, w wiankach.

Wianek z wiosennych resztek - pędy ściętej glicynii posłużyły jako baza, na to troszkę mchu, pędy hedery i słoiczek z cebulkami. Voila!
Obowiązkowo też w donicach sadzę bratki. Najbardziej lubię te drobne, w różnych kolorach. Uwielbiam wybierać zestawienia kolorów i co roku staram się kupić nieco inne. Zwykle kupuje 2-3 paletki i obsadzam nimi donice na początku marca. Te uśmiechnięte buźki braków działają na mnie kojąco :-) Baaaardzo długo kwitną i w zasadzie nie wymagają żadnych zabiegów, poza sporadycznym podlewaniem. Nie chowam donic w razie przymrozków, radzą sobie bez problemu. 






W tym roku postawiłam na klasyczne białe, atramentowe i bladoniebieskie. Tegoroczne foty wrzucę na Twarzaka jak tylko skończę sadzić, a tymczasem pokaże jeszcze kilka kompozycji donicowych z lat ubiegłych, może coś Was zainspiruje.



W 2015 wybrałam bratki w kolorze intensywnego granatu z żółtym rumieńcem i zestawiłam je z narcyzami Tete-a-Tete i śmietankowymi prymulkami. W okrągłej donicy jest też miniaturowa wierzba. Rok później prymulki śmietankowe uzupełniłam atramentowymi, a do podłużnej donicy dorzuciłam hiacynty w tym samym odcieniu i miniaturową hederę.




W 2016 donice obsadzałam już pod koniec lutego, zima była bardzo łagodna. Dzięki temu rośliny utrzymały się bardzo długo, dekoracje zmieniałam dopiero w maju. W małych donicach widać miniaturowe tulipanki.


I te same donice, miesiąc później:



Jaskry azjatyckie są nieco bardziej kapryśne i mogą przemarzać gdy temperatura nocą spada poniżej zera. Są jednak tak urocze, że warto się przemęczyć z donicami, albo wybrać lżejsze do wnoszenia kosze:


 A tu jaskry w zestawieniu z dzwoneczkami, które potem wędrują do gruntu:


W zasadzie jeśli chodzi o wiosenne donice to ogranicza nas tylko wyobraźnia - wszystkie kombinacje i zestawienia barw są ok, póki nas cieszą i napawają optymizmem, gdy przychodzi znużenie wiosennymi porządkami. Jeśli pogoda nie dopisuje, to wiosny szukam też w domowych pieleszach i dekoruję dom wiankami i kompozycjami. 
mchowy wianek na drzwi zewnętrzne
...na kuchennym oknie
obowiązkowe atrybuty na wiosnę
...i na lustro
jaskry i przepiórcze piórka
A gdy weny do wianków brakuje, a pogoda w weekend pod psem - jak wczoraj - to jest jeszcze jedno wyjście...trochę koloru i zapachu do wazonu. Ufff....od razu mi lepiej :-)



wtorek, 28 lutego 2017

Przedwiośnie... czyli zielone na start!

Przedwiośnie... czyli zielone na start!


Co roku mniej więcej na przełomie lutego i marca przychodzi ten długo wyczekiwany moment, gdy pojawiają się kwitnące zwiastuny przedwiośnia w moim ogrodzie. Jeśli zima jest łaskawa, to nawet na początku lutego dostrzegam pierwsze nieśmiałe symptomy, ale co roku bywa inaczej i czasem ten moment ociąga się w nieskończoność. W tym roku pierwsze przebiśniegi pojawiły się u mnie w ostatni weekend lutego i choć to tylko kilka drobnych, białych dzwoneczków...niby nic, ale chlorofil w moim krwiobiegu zaczyna pulsować i już wiem, że się zaczęło!


wtorek, 21 lutego 2017

Chateau de Courances - XVII wieczny park i ogrody

Chateau de Courances - XVII wieczny park i ogrody
Przedwiośnie powoli się rozkręca, ale zanim zacznie się na dobre, jeszcze raz wracam myślami do Francji i opowiem o kolejnym miejscu na ogrodowej mapie Europy. Tym razem zapraszam do Courances.


Jadąc na południe z Paryża zastanawialiśmy się czy wybrać się do Wersalu, czy nieco dalej do innej rezydencji Ludwika XIII. Czerwcowy, ciepły dzień, weekend...a Wersal jako główny punkt objazdowych wycieczek był oblegany przez dzikie tłumy, więc niewiele się zastanawialiśmy i skuszeni rekomendacją Monty Dona z "French Garden Journey. The Road to Le Tholonet" pojechaliśmy do Courance, małej wioski w regionie Gâtinais.
Od wejścia wrażenie robi klasyczna geometria ogrodu z szerokim podjazdem i symetrycznie położonymi zbiornikami wodnymi i potężnymi platanami po obu stronach alei głównej. Zamek otoczony fosą na końcu osi widokowej wygląda zjawiskowo. Urzekła mnie zarówno sama budowla jak i otoczenie, z rozległym parkiem i lasami, które otaczają posiadłość po horyzont. Bez trudu wyobraziłam sobie jak otwierają się masywne, żelazne wrota, a szerokim podjazdem do zamku zmierza konna gwardia królewska..i kardynał Richelieu w powozie!


Układ frontowej części ogrodu prowadzącego do zamku jest klasycznym rozwiązaniem architektonicznym charakterystycznym dla francuskich ogrodów z XVII wieku. Idealne proporcje, równowaga i harmonia osiągnięta dzięki symetrii i prostym liniom. Wykorzystanie perspektywy, wody, rozległych trawników po obu stronach i rytmicznie powtarzane drzewa nadają całości dynamiki mimo zachowania prostoty układu. Dodatkowo, korony platanów przeglądające się w czarnych taflach wody dodają głębi i tajemniczości...ehh...gdyby tylko te platany mogły mówić..! 

Mimo palącego słońca spacer w parku był bardzo przyjemny - chłodna bryza od wody dawała wytchnienie
Woda jest ważnym elementem ogrodów w Courances. Na terenie parku istnieje 14 aktywnych źródeł, które zasilają ogród wodny od czasów Renesansu. Strumyki, małe wodospady, fontanny i baseny można spotkać na całym terenie. 

Delfiny tryskające wodą osadzone były symetrycznie po obu stronach głównego podjazdu. System irygacji i zasilania wszystkich zbiorników naturalnymi źródłami funkcjonuje tutaj od XVI wieku. 

Po obu stronach głównego zamku są mniejsze budynki z czerwonej cegły, każdy z nich swobodnie mógłby być dużą rodzinną willą. Oddzielone od ogrodów kamiennymi mostami i fosą, wyglądały bardzo dostojnie, a jednocześnie..przytulnie. Porastające mury pnącza sprawiały, że to miejsce zachęcało do zamieszkania. Serio! Zupełnie jakby nie było 400-letnią twierdzą z burzliwą przeszłością.. 

To część mieszkalna zamku, boczny wjazd służy właścicielom, a brama strzeże ich prywatności

Park Courances rozciąga się na obszarze ponad 75 hektarów. Przez długi czas uznawany był za dzieło Andre Le Notre z XVII wieku, jednak później odkryto, że park jest jeszcze starszy. Aleja majestatycznych platanów, która prowadzi do rezydencji powstała prawdopodobnie w XVI wieku, podobnie jak ogród wodny w głównej arterii, który sięga okresu renesansu.
Klasyczny, angielski park otaczający zamek powstał w znacznej mierze w XVII wieku, a pozostałe fragmenty powstawały później modyfikowane przez kolejnych właścicieli. W XVIII wieku posiadłość była w rękach rodziny Nicolay, jednak właściciel został ścięty w czasie Rewolucji Francuskiej, a jego potomek zbiegł do Szwajcarii i zamek opuszczony przez kolejne 40 lat popadł w ruinę. 

Woda otaczająca zamek z każdej strony daje efekt tysiąca luster  

W XIX wieku zamek został odrestaurowany, przez szwajcarskiego bankiera, Barona de Haber. Jego córka, Berthe de Behague poślubiła - Comte Jean de Ganay i od początku XX wieku zamek jest własnością rodziny Ganay.  Podczas I wojny światowej służył jako szpital polowy, w czasie II wojny światowej Niemcy urządzili tam siedzibę Luftwaffe, a potem zamieszkał tam feldmarszałek Montgomery. Od II połowy XX wieku ogród ewaluował, zachowując jednak swój charakter i urok. 
Chateau de Courances, nagrodzony prestiżowym oznaczeniem Jardin Remarquable, to obecnie prywatna rezydencja Jean-Louis de Ganay (czwarte pokolenie rodziny Ganay), który udostępnia zwiedzającym teren parku i ogrodów. 
W 1908r. ówczesny właściciel -  Comte Jean de Ganay, zainspirowany modą na azjatycką architekturę, założył na terenie posiadłości ogród japoński. To dość niespodziewany widok w tym otoczeniu, ale trzeba oddać, że efektowny. Mimo, że parkowe otoczenie było w zupełnie innym klimacie ten ogród również miał w sobie coś wyjątkowego. Podobała mi się dbałość o detale, dobór roślin i kolorystyka. Mimo starannej kompozycji roślin, ogród sprawiał wrażenie naturalnego, jakby naturalnie ewoluował, jednak pod stałą kontrolą armii ogrodników.

Centralną część ogrodu zajmował staw z naturalną linią brzegową i gęstą roślinnością porastającą łagodne zbocza. Na tle różnorodnych odcieni zieleni uwagę przykuwały płomienne klony i misternie przycięte bonsai.


Ogród zaprojektowała Berthe de Ganay z pomocą Kitty Lloyd Jones, studentki Gertrude Jekyll. Angielskie wpływy widać w ogrodzie, który charakteryzuje się większą swobodą niż perfekcyjnie stylizowane ogrody japońskie. Jednocześnie wpływ wschodnich inspiracji widoczny jest m.in. w starannym przycinaniu krzewów na kształt "chmurki" i aranżacjach roślin.  Grupy klonów palmowych, czerwonych buków, ambrowców i perukowców, a także gunnery olbrzymie świetnie komponowały się z wierzbami w otoczeniu wody.

Mocną stroną tego ogrodu była skuteczna aranżacja form, kształtów i kolorów oparta na zasadzie kontrastu. W opozycji do całego otoczenia klasycznego angielskiego parku, zastosowano rośliny z czerwono wybarwionymi liśćmi, które przykuwały wzrok z daleka.


Z ogrodu japońskiego przeszliśmy do herbaciarni La Foulerie, gdzie wypiliśmy pyszną kawę i zajadaliśmy tartę z jagodami. Herbarciarnia sama w sobie była pięknie urządzona - kamienna z zewnątrz, z wnętrzem z surowej cegły, z wysokim sklepieniem i widocznymi drewnianymi belkami starej konstrukcji. Od strony parku porastały ją pnącza, a na tle murów ustawiono ławeczki Lutyensa.




Prosto z herbaciarni i ogrodu na jej tyłach można było wejść do parku, a do spaceru zachęcał szumiący strumyk, który przepływał tuż obok naszego stolika. Nie tracąc czasu ruszyliśmy na spacer.








Podążając wzdłuż strumienia, odkrywaliśmy kolejne zagajniki  - jedne zupełnie naturalne, porośnięte gęsto paprociami, a inne obsadzone hortensjami z kamiennymi ławeczkami usytuowanymi na nisko koszonych, świetlistych polanach. Park jest na tyle duży, że można spacerować w samotności nie spotykając innych zwiedzających co sprawiało, że można było poczuć wyjątkową aurę tego miejsca. 




Kanał wpływa do większego basenu wokół kamiennej budowli na skraju lasu. Budowla powstała w XVI wieku, jeszcze zanim zbudowano zamek i została odrestaurowana w 2005r. przez ogrodnika z Courances - Manolo de Silva.






W tym miejscu bije źródło wody (tzw. Królewskie), skąd czerpana jest woda pitna dla mieszkańców zamku. Z resztą korzystano z tego źródła również w czasach Ludwika XIII. Ponoć podczas pobytu w swojej rezydencji w Fontainebleau kazał sobie przywozić wodę do picia z królewskiego źródła w Courance. Kryształowo czysta, orzeźwiająca i przyjemnie chłodna...w ten upalny czerwcowy dzień miejsce było idealne do dłuższego wypoczynku. Kamienny basen był częścią instalacji wodnej połączonej z kanałami wokół zamku. Z lasu wypływał szerokim strumieniem, przez fontannę do prostokątnych zbiorników, oddzielonych szerokimi pasami trawnika.

Głowa delfina - gueulards

Woda jest niezwykle ważnym elementem całego założenia. W parku Couarances jest aktualnie 14 czynnych źródeł i 17 basenów, a przez teren posiadłości przepływa także rzeka - Ecole. Najstasze baseny zbudowano w XVI i XVII wieku. Co ciekawe - obieg wody nie jest mechaniczny. O ruchu wody decyduje subtelna różnica poziomów w całym parku, która sprawia, że strumyki zasilają kanały.





Tym szlakiem dotarliśmy do zamku od strony dziedzińca i formalnego ogrodu francuskiego, z nisko strzyżonych żywopłotów w fantazyjne wzory i ciętych szpalerów formowanych drzew. Wystarczy jednak odwrócić się do tyłu by ujrzeć rozległy trawnik, otoczony z każdej strony monumentalnymi drzewami, w cieniu których ustawiono rzeźby z kamienia.

Spędziliśmy w tym parku cały dzień, ale nie miałam ochoty wracać. Mimo, że nie był to pierwszy zamek z bajecznym ogrodem, jaki zwiedzałam we Francji, po raz pierwszy nie mogłam oprzeć się wrażeniu, jak fajnie byłoby być księżniczką i zamieszkać w takim zamku...😇


Copyright © 2016 Ogródek Robaczka , Blogger