niedziela, 26 marca 2017

Róże...czyli słów kilka o trudnej miłości

Róże...czyli słów kilka o trudnej miłości
Róże..tak, uwielbiam je ponad wszystko. Moja miłość do róż rozgorzała kilka lat temu i z radością stwierdzam, że najwyraźniej ze wzajemnością, bo rosną u mnie jak dzikie i co roku zachwycają z mniejszym lub większym natężeniem. Czerwiec bez wątpienia należy do nich, ale są też takie odmiany, które najbardziej lubię pod koniec lata, gdy prześwietla je późno popołudniowe słońce..a inne najbardziej lubię w maju, gdy tylko rozwiną pierwsze płatki i zmoczy je ciepły majowy deszcz...Mogłabym o tym opowiadać bez końca. Warto sobie o tym przypominać, zwłaszcza wiosną, gdy ta miłość wystawiona jest na ostrą (żeby nie powiedzieć kolczastą) próbę.

A Shropshire Lad, D. Austin, 1997
Co roku w marcu przychodzi bowiem taki moment, kiedy podrapana, pokaleczona, zmęczona do bólu i wściekła przeklinam siebie i swój ogród za te wszystkie przeklęte róże, które najchętniej spaliłabym na rytualnym stosie na środku ogrodu i z dziką rozkoszą zatańczyłabym wokół ogniska.
Jestem mniej więcej w połowie tej wiosennej mordęgi tzn. festiwalu cięcia kolczastych potworów i z trudem mówię o nich inaczej niż w przekleństwach i inwektywach. Od miesiąca tnę, przycinam, koryguję...ale jeszcze sporo pracy przede mną, bo te zarazy co roku są większe, wyobrażacie sobie?!?
Wszystkie katalogowe rozmiary można wsadzić między bajki, bo żadna angielka nie ma u mnie ustawowego metra dwadzieścia, ależ skąd...wszystkie mają ambicje na pnące! A pnące, np. Long John Silver? Cztery metry wysokości? Akurat... ma już ponad sześć i wciąż usiłuje przebić się pod rynną na pierwsze piętro...wrrrr. Ale wracając do meritum.

Eden Rose/Pierre de Ronsard, Meilland, 1985

Wiosenne cięcie ma kluczowe znaczenie dla zdrowotności róż, bo odpowiednia cyrkulacja powietrza wewnątrz krzewu ogranicza podatność na choroby grzybowe. Dodatkowo warto zadbać o to, aby pędy wzajemnie się nie kaleczyły, bo otwarte rany i otarcia na pędach to miejsca, gdzie najłatwiej wdają się infekcje, a osłabione pędy są zachętą dla szkodników. Wokół technik cięcia narosło mnóstwo legend, ale ja zawsze staram się kierować najprostszą zasadą, powtarzaną przez Anglików, czyli cięcia zgodnie z regułą 3D (dead, damaged and diseased) polegającą na usuwaniu wszystkich pędów martwych, uszkodzonych i chorych. Najpierw usuwam te ewidentnie suche, potem okaleczone przez otarcia powstałe w wyniku krzyżowania pędów, a także te z naroślami, plamami bądź pęknięciami na pędach. Jak się z tym uporam, pozostaje tylko kosmetyka.

Hyde Hall, D. Austin, 2004
U róż rabatowych wycinam też pędy skierowane do środka krzewu, prześwietlając go i starając się stworzyć konstrukcję na kształt otwartego kielicha. Przycinając boczne pędy zwracam uwagę aby ciąć nad oczkiem wychodzącym na zewnątrz, co pozwoli utrzymać efekt cięcia prześwietlającego na dłużej. Tnę pod lekkim skosem, żeby krople wody spływały po pędach i nie powodowały gnicia, ok. centymetr nad silnym oczkiem. Przydałyby się zdjęcia poglądowe, wiem...ale jak zaczynam harce z sekatorem w skórzanych rękawicach to jakoś mi nie po drodze z aparatem..poza tym, nie planowałam dygresji edukacyjnych, samo jakoś tak wyszło ;-)
Poza zasadą 3D, pnące róże dodatkowo jeszcze wymagają skrócenia pędów bocznych, na których będą kwitły w danym roku. Z pędów głównych, które stanowią szkielet róży, układam na pergoli konstrukcję, lekko je naginając i podwiązując do podpór. Od pędów głównych, tych najstarszych, wyrastają boczne, które skracamy na 3-4 oczka. Im więcej pędów uda się nagiąć poziomo, tym więcej kwiatów uzyskamy. Z tego założenia wywodzi się też technika tzw. kulkowania róż, czyli przyginania długim pędów róż do ziemi, żeby wymusić przyrost jak największej liczby pędów bocznych, czyli tych kwiatowych. Długie pędy wyginamy łukowato wokół krzewu do samej ziemi, mocując je do gruntu szpilkami. Zabieg wymaga oczywiście miejsca na rabatach, więc od jakiegoś czasu nie stosuję ;-) Nie wszystkie róże dobrze reagują na ten eksperyment, bo pod ciężarem kwiatów czasem pędy się łamią, więc warto wcześniej zadbać o solidne podpory. Zabieg kulkowania róż z powodzeniem stosowałam na różach parkowych np. Louis Odier i Gipsy Boy, ale dobrze reagują też angielki, np. Gertrude Jekyll.

White Flight, T. Rockford, 1916
Jak już przytniemy to co musimy przyciąć, to pozostaje nam mocowanie pędów do podpór. Ja stosuję zwykłe bawełniane sznureczki, które zaplatam na "ósemkę" wokół pędów i podpory, aby ograniczyć tarcie zielonych części róż o metal. A właśnie, stosuję podpory metalowe, są najsolidniejsze, wytrzymują duże ciężary i silne wiatry. Nie kupuję gotowych podpór w marketach, które najczęściej są wykonane z cienkich pustych rurek, które rozsypią się przy pierwszym silniejszym wietrze..zdecydowanie bardziej polecam namierzyć lokalnego ślusarza i zagadać z nim, żeby zrobił podporę z prętów, jakie stosuje na ogrodzenia i barierki. Zespawanie prostej konstrukcji kosztować będzie mniej niż zakup wymyślnej, chińskiej pergolki jednorazowego użytku. Czasem wśród ślusarzy trafi się jakiś skarb, którego będzie można nazwać kowalem i zrobi takie cuda, jakie wymyślicie. Miałam szczęście kilku takich spotkać i wykonali dla mnie bez problemu każdy projekt jaki narysowałam. Podpory mam już kilka lat i świetnie się spisują.

Maria Lisa, B. Alfons, 1925
Było już o tym, za co nienawidzę róż, to może jeszcze kilka słów o tym, za co je kocham. Wszak miało być o miłości! Trudnej co prawda, ale zawsze...
Róże mają charakter. Bez wątpienia. Bywają chimeryczne, kapryśne, ale też wdzięczne, uwodzicielskie...Uwielbiam je oglądać w maju, gdy kolory są mocno nasycone, zieleń liści soczysta i tętniąca zdrowiem. Niektóre wyglądają magicznie już w fazie pączków, jak np. róża mchowa z pączkami o kształcie czapki napoleońskiej!

Chapeau de Napoleon, Vibert, 1828
Płatki aksamitne w dotyku, liście błyszczące...a zapach intensywny, wręcz odurzający! O tak, zapach obowiązkowo! Róża bez zapachu jest jak niebo bez gwiazd! Dlatego nie urażając nikogo, najzdrowsza Niemka z ADR-em, nigdy nie dorówna rasowej Angielce ;-)
Mam słabość do zapachu róż i często kieruję się zmysłem powonienia zamiast rozumem w ich wyborze. Najlepszy przykład to Souvenir du Docteur Jamain, remontantka o typowym dla róż burbońskich intensywnym zapachu, którą uwielbiam....mimo iż niezawodnie co roku, w drugiej połowie lata traci wszystkie liście po ataku czarnej plamistości. Niemniej jednak, jest to jedna z tych róż, które warto mieć - nie tylko ze względu na czarujący zapach, ale wartość historyczną i ładunek emocji, jakie kryją się w tych satynowych płatkach. Odmiana powstała w 1865r. w okresie kolejnej historycznej zawieruchy we Francji i prawdopodobnie nigdy nie zagościłaby w moim ogrodzie, gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, który sprawił, że Vita Sackville-West odkryła tę odmianę w niewielkiej angielskiej szkółce. Wyobraźcie sobie ile takich bajecznych, XIX-wiecznych odmian przepadło bez wieści? A gdyby tak Doktorek też przepadł? Cóż to byłaby za strata dla ludzkości! Zawsze sobie to powtarzam, a zwłaszcza w sierpniu, gdy mam ochotę go wykopać ;-)

Souvenir du Docteur Jamain,  F. Lacharme, 1865
Souvenir du Docteur Jamain,  F. Lacharme, 1865
Takich historii jest oczywiście więcej, każda róża jakąś skrywa, a szczególnie te historyczne, które nierzadko przypadkowo ocalone z zapomnienia cieszą nas teraz we współczesnych ogrodach. Postaram się wracać do tych historii przy okazji kolejnych opowieści o różach w sezonie.
Tymczasem, pozdrawiam wszystkich rosomanes i trzymam kciuki, żebyśmy wytrwali...byle do czerwca! Wtedy ogród będzie usiany tylko płatkami, o kolcach zapomnimy ;-)

New Dawn, H. Dreer, 1930

niedziela, 19 marca 2017

Kolory wiosny

Kolory wiosny
Ten post odkładam już ponad dwa tygodnie i mimo, że pisałam, kasowałam, pisałam i znowu...to z każdym dniem trudniej mi było skończyć te przemyślenia i zebrać rozchwiane myśli. Sporo się ostatnio dzieje w moim poza ogrodowym życiu i niestety na wszystkie przyjemne tematy brakuje czasu. Ale co ja Wam będę opowiadać o tym, że doba ma tylko 24 godziny...wszak wiosną ogrodnicy jak mało kto ścigają się z czasem.

Cieszynianka 



Porządki w ogrodzie mam rozgrzebane po całości :-/  Tydzień pracujący nie daje wytchnienia, a w weekendy z pogodą bywa różnie. Urlop w perspektywie, ale gasnącej z dnia na dzień..
Gdy sięgam do fotek z ubiegłego roku, o tej porze miałam już wygłaskany cały ogród, a teraz jestem w lesie. Róże tnę, ale końca nie widać, tony różanych liści już wymiecione, ale postęp ledwie zauważalny. Cebulowe kwitną i cieszą, ale gdy wracam z pracy jest zbyt ciemno żeby je fotografować, więc zdjęć niewiele... W dodatku długo planowane prace na weekend diabli wzięli, bo pogoda nie dopisała. Całą sobotę padało i wiało tak, że psa z kulawą nogą nie wygoniłabym na zewnątrz. Dzisiaj było nieco lepiej pogodowo, ale tym razem z grabiami nie było mi po drodze.  Entuzjazm do porządków wziął i wyparował. 

Krokus 'Ruby Giant'
Co roku mam taki moment zwątpienia wczesną wiosną, ale szczęśliwie szybko stawiam diagnozę i co więcej, wiem co mi wtedy pomaga :-) KOLOR. Mimo że krokusy już kwitną na całego, generalnie o tej porze w ogrodzie kolorów jak na lekarstwo, więc szukam tego koloru gdzie się da.
Regularnie wprowadzam korekty na wiosennych rabatach, żeby uzyskać jak najwięcej wczesnowiosennego koloru, ale nic tak nie podbija endorfinek, jak kwitnące donice.
Uwielbiam donice, zwłaszcza wiosną. Sadzę w nim przeróżne kompozycje, począwszy od cebulowych, które upycham w doniczki nawet w styczniu, gdy obłowię się na późnych wyprzedażach, a ziemia zbyt zmarznięta na sadzenie w gruncie.

Najbardziej lubię terakotowe donice, pasują niemal do wszystkiego i mają dobrą przepuszczalność. Dno wypełniam kawałkami styropianu dla dodatkowego drenażu.  Można też dać żwirek, ale te donice są wystarczająco ciężkie, żeby były stabilne, poza tym styropian wypełnia je przynajmniej w części i mogę zużyć nieco mniej ziemi. Do donic stosuję taką mieszankę jaką akurat mam, zwykle mix ziemi ogrodowej z kompostem i dodatkiem piasku albo perlitu. Do tego dwie garści mączki kostnej i gotowe. Świetny jest kompost liściowy, więc jeśli macie to polecam, idealne medium do cebulowych. 

donicowe ceebulove
Donice obsadzam  pięterkami: na dno daję cebule żonkili - są największe i wzejdą jaką ostatnie, w kwietniu. Potem tulipany, a na sam wierzch -  krokusy. Jako ściółkę stosuję kompost liściowy, albo drobną korę, ale czasem jakieś kocie przybłędy wydrapują mi cebule z donic, więc zaczęłam je dodatkowo okrywać mchem. Mech zbieram na spacerach w lesie, ale śpieszę z wyjaśnieniem, że  nie dewastuję poszycia - zbieram tylko taki przeryty przez dziki, którego u nas pełno. Czasem uda mi się jakiś ukorzenić i wtedy rozkładam go pod sosny.

Ta sama donica 2 miesiące później - przekwitły już  krokusy i tulipany, teraz czas na żonkile
 Jeśli trafi mi się jakaś dzika okazja wyprzedażowa, to sadzę w co się da, czyli plastikowe pojemniki po innych roślinach, które namiętnie kolekcjonuję. Nigdy nie wiadomo kiedy się przyda, co nie??
I tak, w zeszłym roku 500 krokusów kupionych za grosze na wyprzedaży,  których żal było nie kupić, (sami rozumiecie..) trafiło do plastikowych donic.

Krokusy wsadzone do donic w garażu 17 stycznia. W marcu kwitną jakby nigdy nic :-)
 Estetyka ważna rzecz, więc żeby im nie było tak łyso w tych plastikach, dostały jutowe sukienki :-)





Krokusy bardzo lubię i co roku dosadzam. Te z donic powyżej trafiły jesienią do sadu na nowej działce. Zobaczymy jak sprawdzą się w nowej lokalizacji :-)
Co roku w donicach mam też miejsce na drobne narcyze odmiany Tete-a-Tete. W zasadzie jako jedyne z żonkili nie gniją, nie marudzą i co roku kwitną niezawodnie. Uwielbiam te małe, radosne słoneczka! Gdy przekwitną w donicach wsadzam je do gruntu i co roku jest ich więcej.

Pod jodłą kalifornijską - od wczesnej wiosny kwitną tu ranniki, a potem miejsca ustępują  narcyzom. Patrzę na nie codziennie, z kuchennego okna. Promyk optymizmu, nawet w pochmurny dzień!
Cebulki wykopywane z donic przyjmują się bez problemu. Z szafirkami wyglądają cudnie!
Sprawdzają się w słońcu, w cieniu, w gruncie i w donicy.  Zestawiam je w różnych kombinacjach, ale najbardziej lubię z szafirkami i szachownicami. Zakwitną wszędzie, nawet bez ziemii, w wiankach.

Wianek z wiosennych resztek - pędy ściętej glicynii posłużyły jako baza, na to troszkę mchu, pędy hedery i słoiczek z cebulkami. Voila!
Obowiązkowo też w donicach sadzę bratki. Najbardziej lubię te drobne, w różnych kolorach. Uwielbiam wybierać zestawienia kolorów i co roku staram się kupić nieco inne. Zwykle kupuje 2-3 paletki i obsadzam nimi donice na początku marca. Te uśmiechnięte buźki braków działają na mnie kojąco :-) Baaaardzo długo kwitną i w zasadzie nie wymagają żadnych zabiegów, poza sporadycznym podlewaniem. Nie chowam donic w razie przymrozków, radzą sobie bez problemu. 






W tym roku postawiłam na klasyczne białe, atramentowe i bladoniebieskie. Tegoroczne foty wrzucę na Twarzaka jak tylko skończę sadzić, a tymczasem pokaże jeszcze kilka kompozycji donicowych z lat ubiegłych, może coś Was zainspiruje.



W 2015 wybrałam bratki w kolorze intensywnego granatu z żółtym rumieńcem i zestawiłam je z narcyzami Tete-a-Tete i śmietankowymi prymulkami. W okrągłej donicy jest też miniaturowa wierzba. Rok później prymulki śmietankowe uzupełniłam atramentowymi, a do podłużnej donicy dorzuciłam hiacynty w tym samym odcieniu i miniaturową hederę.




W 2016 donice obsadzałam już pod koniec lutego, zima była bardzo łagodna. Dzięki temu rośliny utrzymały się bardzo długo, dekoracje zmieniałam dopiero w maju. W małych donicach widać miniaturowe tulipanki.


I te same donice, miesiąc później:



Jaskry azjatyckie są nieco bardziej kapryśne i mogą przemarzać gdy temperatura nocą spada poniżej zera. Są jednak tak urocze, że warto się przemęczyć z donicami, albo wybrać lżejsze do wnoszenia kosze:


 A tu jaskry w zestawieniu z dzwoneczkami, które potem wędrują do gruntu:


W zasadzie jeśli chodzi o wiosenne donice to ogranicza nas tylko wyobraźnia - wszystkie kombinacje i zestawienia barw są ok, póki nas cieszą i napawają optymizmem, gdy przychodzi znużenie wiosennymi porządkami. Jeśli pogoda nie dopisuje, to wiosny szukam też w domowych pieleszach i dekoruję dom wiankami i kompozycjami. 
mchowy wianek na drzwi zewnętrzne
...na kuchennym oknie
obowiązkowe atrybuty na wiosnę
...i na lustro
jaskry i przepiórcze piórka
A gdy weny do wianków brakuje, a pogoda w weekend pod psem - jak wczoraj - to jest jeszcze jedno wyjście...trochę koloru i zapachu do wazonu. Ufff....od razu mi lepiej :-)



Copyright © 2016 Ogródek Robaczka , Blogger