poniedziałek, 10 lipca 2017

Ach, te róże!


Jak zaczynałam pisać tego posta, była połowa czerwca, róże kwitły już w pełni, a ja starałam się często mrugać oczami, żeby zapamiętać te magiczne chwile jak najdłużej. Teraz jest koniec lipca, róże w większości przekwitły, czekają mnie porządki po burzach i cięcie resztek, a entuzjazm jakoś wygasł. Niby powinnam zacząć od samokrytyki, bo znowu mocno zaniedbałam bloga, ale szkoda słów na wylewne refleksje jak to kręcę się wkoło w poszukiwaniu straconego czasu. Każdy z Was, kto pracuje na pełen etat, ogarnia minimum jeden ogród i dom/zagrodę/rodzinę (wybierz dowolne) wie, co mam na myśli. Dodam, że ja teoretycznie ogarniam dwa ogrody, ale to już tylko teoretycznie, bo nad żadnym od jakiegoś czasu już nie panuję. Ale dość marudzenia, zapraszam na krótką podróż w czasie i spóźniony spacer po czerwcowym ogrodzie.

New Dawn, H.Dreer, 1930
Miałam nieodparte wrażenie, że czerwiec zaczął się jakoś szybciej tego roku..jeszcze nie zdążyłam nacieszyć się majem, upoić zapachem glicynii, nacieszyć świeżością zieleni...a już przyroda pędzi do przodu. Gdyby tak zechciała zwolnić na chwilę, może znalazłabym czas, żeby docenić metamorfozę ogrodu w trakcie ostatnich kilku tygodni, bo o tej porze roku zmieniał się przecież codziennie. Niestety, czaso-wstrzymywacz działa tylko w obiektywie, więc złapałam aparat i kilka takich magicznych momentów udało się uchwycić w kadrze.

Czosnki w kłosach śmiałka darniowego
Zanim ogród zdominowały róże i feria kolorów,  w pierwszych dniach czerwca zachwyciły mnie kokoryczki, cudnie przewieszające się przez ścieżkę. Soczysta zieleń liści w malowniczo wygiętych łukach i drobne, kremowe dzwoneczki - niby nic wyjątkowego, a jednak.
Polygonatum odoratum (kokoryczka wonna)
Wyjątkowo w tym roku kwitły, zanim padły łupem ślimaków, które bezlitośnie zeżarły wszystko poza szypułką liści. Szczęśliwie, wtedy już rozrosły się paprocie i wypełniły pustkę na rabacie. Rododendrony rzadko wzbudzają we mnie aż takie emocje jak słodkie kokoryczki, ale jeśli odwiedza je tak rzadki gość, jak fruczak gołąbek, to co innego! Przez dłuższy czas liczyłam na spotkanie z rodzimym koliberkiem i wreszcie się udało :-)

Fruczak Gołąbek

 No, ale miało być o różach. Jako pierwsza zakwitła Constance Spry, która porasta pergolę w zachodniej części ogrodu. Jej silny piżmowy zapach, szczególnie wyczuwalny rano i wieczorem jest wprost obłędny. Kwitnie tylko raz, ale na ten spektakl zawsze czekam z niecierpliwością, bo niewiele róż ma w sobie tyle subtelnego wdzięku, co ta angielska królewna.

Constance Spry, D.Austin, 1961

Gdy kwitnie, jej zapach jest wyczuwalny z daleka, a ja wprost uwielbiam przechodzić pod tym łukiem. Nawet jeśli to najdłuższa droga do celu ;-)
Nie trudno wyobrazić sobie za co kochamy czerwiec..., nawet jeśli nie lubicie róż, to wszyscy kochamy czerwiec za długie dni i niekończące się ciepłe wieczory w ogrodzie przy akompaniamencie śpiewu kosa. A za co ja nie lubię czerwca? Za to, że wszystkie gwiazdy wieczoru pchają się na scenę jednocześnie - jak zaczynają kwitnąć róże, to niemal wszystkie naraz. Zanim zdążę się nacieszyć widokiem i podelektować zapachem jednej, kwitnie pięć kolejnych! A gdy się zacznie na dobre, to nie ma już czasu na subtelną celebrację piękna każdej z nich, więc chwytam za aparat i staram się zatrzymać ich ulotne piękno w kadrze. Nieustanny wyścig z czasem. Ehh...czemu zimą czas mija jakby wolniej?
Contance Spry nie cieszyła się pierwszoplanową rolą zbyt długo, bo kolejnego dnia zakwitła Jej Wysokość Crown Princess Margareta, kolejna perełka z hodowli Austina.

Crown Princess Margareta, D.Austin, 1961

W promieniach zachodzącego słońca, kolor tej róży wydaje się jeszcze bardziej intensywny, miodowo-cynamonowy.

Niestety, bardzo krótko trwała moja radość z tego widowiska - mniej więcej w połowie czerwca pojawiła się plaga ogrodnicy niszczylistki, paskudnego chrabąszcza, który żywcem zeżarł CPM i wiele innych róż. Ta zaraza już trzeci rok z rzędu dziesiątkuje moje róże i nic nie mogę na to poradzić :-( Nie pryskam chemią, bo jedyny skuteczny środek ma charakter kontaktowy i musiałby być stosowany w trakcie nalotu - czyli w zasadzie codziennie i to w ciągu dnia, poza tym jest toksyczny dla pszczół, więc wykluczony. Jedynym sposobem ograniczania szkód jest zbieranie szkodnika, więc niemal codziennie zaczynałam obchód wędrując z wiaderkiem od kwiatka do kwiatka... Na CPM siedziało nieraz kilkanaście na jednym kwiatku jednocześnie, a po godzinie z takiego kwiatu pozostawało smętne wspomnienie. Co z tego, że zimę przetrwała bez uszczerbku, że wiosenne przymrozki ominęły łaskawie młode pędy...Jak nie urok, to...niszczylistka. Ale na coroczny oblot tej zarazy nie mam wpływu, więc nie mam wyjścia, jak tylko minimalizować straty i zaakceptować fakt, że mają u mnie wyżerkę przez 3 tygodnie. Jedyna, mała, maleńka radość jaka mi pozostaje to dokarmianie jaszczurek podtopionymi chrabąszczami, smakowały im co najmniej tak, jak chrabąszczom moje róże.


Ale miało być o różach, a nie o gadach i innych stworach. I będzie...ale późno już, dokończę jutro ;-)


14 komentarzy:

  1. Kasiu, czekamy na wiecej, a poki co mam pytanie: ile krzaczkow Constance Spry ty masz posadzonych przy tej pergoli?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj! Przy tej pergoli jest tylko jedna Constance Spry, a po sąsiedzku mam Uetersener Klosterrose. Jeśli szukasz dla niej miejsca koniecznie wybierz miejscówkę w lekkim cieniu, słońce lubi ja przypalać. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Jak dobrze Cię znowu czytać Kasiu pozdrawiam serdecznie Isia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Isiu! Piszę na raty i w odcinkach, ale cieszę się, że zaglądasz! Buziaki!

      Usuń
  3. Doskonale wiem i rozumiem jak się żyje w wiecznym niedoczasie...Czy Ty też masz wrażenie, że życie ostatnimi czasami bardzo przyśpieszyło? A ten rok w ogóle jest bardzo dziwny, ze względu na dość nietypową pogodę. Czekam na dalsze fotorelacje. Może dałoby radę wrzucać same zdjęcia na twarzaka?
    Z niszczylistką też walczę ręcznie, wbrew pozorom to działa, bo w tym roku było jej mniej. U mnie im bardziej pachnąca i jasna róża (ulubiona to Crocus Rose) tym chętniej oblegana przez tego owada.
    Pozdrawiam, Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asiu, dzięki za zrozumienie, fakt, to najdziwniejszy rok jaki pamiętam ;-D Zdjęcia jakieś robię, ale znacznie mniej niż bym chciała...inna rzecz, że jakoś pogoda i dyspozycja róż w tym roku nie sprzyja sesjom foto i czasem ciężko się zmobilizować do działania. Niszczylistkę też tępię ręcznie jak mogę, ale to walka z wiatrakami..ehh..póki jakiś naturalny predator jej nie przepędzi to marne nasze wysiłki, ale oby było mniej za rok! Pozdrawiam serdecznie :-)

      Usuń
  4. O tak... czas pędzi jak szalony, ani się człowiek nie obejrzał a tu już sierpień ante portas. Moje róże w tym roku ledwo przeżyły niszczylistkę, mimo zbierania. Pierwsze kwitnienie Uetersener Klosterrose zniknęło w ich żarłocznych gębach.

    Cieszę się Kasiu, że znalazłaś chwilę, żeby pokazać swoje róże. Może zimą będzie więcej czasu na blogowanie ;-). Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

    Pozdrawiam - silvarerum

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj! U mnie "żarłoczne gęby" pochłonęły większość pierwszego kwitnienia, więc jak nie trudno się domyślić, entuzjazm do ogrodu przygasł częściowo dzięki nim ;-) Ale walczymy dalej! Teraz mam inwazję rdzy na różach i czekam na kolejne ciosy tego lata ;-) Mam nadzieję, że u Ciebie lepiej? Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  5. No nareszcie. Bardzo dobrze Cię rozumiem z tym uciekającym czasem. jakoś w tym roku mam go wyjątkowo mało. Kiedyś nie byłam w jakimś ogrodzie na forum tylko tydzień. Teraz już przekroczyłam miesięczny termin nieobecności. Dlatego nie narzekam, ale liczę na to, że robisz mase zdjęć i zimą zdasz dokładniejszą relację z obydwu ogrodów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj Małgosiu, nie obiecuje tej hiperaktywności zimą, ale dam z siebie wszystko ;-) Mam nadzieję, że Twoim ogrodzie róże lepiej się sprawują i czerpiesz z nich dużo radości! Co nowego na trasie zwiedzanych ogrodów w tym roku? Ja zapraszam niezmiennie :-) Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Wyobraź sobie, że moja aktywność w tym roku zakończyła się na wizycie u Joli April w czerwcu. Od tej pory nigdzie nie byłam. Nawet u Izy. Ale jeśli tylko nadarzy się okazja to skorzystam z zaproszenia. :)
      Zimą też nie będziesz miała dla nas czasu?
      Co tak zaprząta Ci głowę?
      Ja też niezmiennie zapraszam. Ostatnio wpadłaś jak po ogień

      Usuń

Copyright © 2016 Ogródek Robaczka , Blogger