poniedziałek, 7 sierpnia 2017

O różach...z nutką goryczy ;-)

Wracając do tematu róż, który się skończył.. zanim się na dobre zaczął w poprzednim poście. Czerwiec w moim ogrodzie zwykle bezapelacyjnie należy do róż. W tym roku jednak nie wszystko przebiegało tak jak w latach ubiegłych..., ale o tym później. Mam kilka takich róż, na które czekam co roku jak na odwiedziny dobrej znajomej. Znamy się już kilka lat i wiem, czego się mogę spodziewać, ale zawsze jest ten moment wyczekiwania i euforii na jej widok.  Jedną z nich jest angielska róża rabatowa Charles Austin, którą mam posadzoną tuż przy tarasie, po obu stronach zejścia do ogrodu. Ma nietypową barwę, którą ciężko jednoznacznie zdefiniować. To w zasadzie cała paleta ciepłych barw od bursztynowej po zgaszony róż, który zmienia się w każdej fazie kwiatu i w zależności od pogody.

Charles Austin. D. Austin, 1973


Pokrój ma strzelisty, wyprostowany, a kwiaty dumnie unoszą się na szczytach łodyg, więc nie wymaga podpór, mimo iż sięga 150 cm wysokości. Cudne, pełne (aż 70 płatków!), ćwierćrozetowe kwiaty mają wyjątkowy zapach z silnymi nutami owocowymi. Ilekroć koło niej przechodzę, nie mogę oprzeć się, żeby jej nie powąchać! Kwiaty pojawiają się systematycznie przez ponad miesiąc, a ddy kończy się główny rzut kwitnienia, ścinam pozostałe kwiaty do wazonu i jeszcze długo cieszę się nimi w salonie. Aktualnie ma przerwę w kwitnieniu, zbiera siły i wiem, że jeszcze w tym roku.. ta dobra znajoma mnie odwiedzi ;-)
Tutaj przypadkowa kompozycja, ale pełna wdzięku - siewka różowej lnicy wiedziała dokładnie gdzie wyrosnąć!
Na pierwszym planie Charles Austin, w tle - Heavenly Pink, L.Lens, 1997
Podejrzewam, że większość z Was - przynajmniej tych rosomanes ;-) - ma swoje ulubienice wśród róż. Wiadomo, są takie, które sadzimy bo pasował nam kolor czy pokrój do koncepcji, inne bo mają określone "zadanie" do spełnienia lub wypełniają lukę, bądź po prostu testujemy jakąś odmianę z ciekawości. Ale są też takie, które posadzone zostały w uprzywilejowanych miejscówkach w ogrodzie, żebyśmy mogli je często mijać, wąchać, podziwiać.. Wybrałam taką odmianę do frontowego ogrodu. New Dawn, bo o niej mowa, rośnie przy łukach wzdłuż wejścia do domu. W sumie mam 10 krzewów na trzech sporych pergolach. Pierwsza posadzona była w w 2012r., rok później pojawiły się u mnie kolejne i w ciągu czterech lat osiągnęły docelowy wzrost zasłaniając pergole niemal w całości. Kwiaty są dość nietrwałe, co wywołuje efekt śniegu z sypiących się płatków przy silniejszych podmuchach wiatru...Wiem, że niektórym to przeszkadza, ale dla mnie takie usypane płatkami róż wejście do domu ma swój urok. Nawet jeśli krótkotrwały ;-)



 Budowa kwiatu jest równie delikatna, jak jej zapach. Muślinowe płatki, cielisto różowe, blekną wraz z rozwojem kwiatów niemal do białości. Płatki tworzą szlachetny, regularny układ płatków, a kwiaty pojawiają się w kiściach, przez co w szczycie kwitnienia obsypana jest nimi bardzo gęsto. New Dawn powtarza kwitnienie, zwykle pod koniec sierpnia, ale oczywiście nie z takim wigorem jak w czerwcu.



Tą konkretną odmianę wybrałam nieprzypadkowo - szukałam pnącej róży o bladym kolorze, która poradzi sobie w półcieniu, od północnej strony domu. Już po roku okazało się, że to dobry wybór, bo kwitła niezawodnie. Odmiana uchodzi także za odporną na przemarzanie i choroby, ale z tym... różnie bywa. Róże generalnie u mnie rzadko przemarzają, a w przypadku New Dawn czasem zdarza się, że te w dolnych warstwach na pergoli zamierają z braku światła. Wtedy czernieją i wycinam je wczesną wiosną. Jeśli idzie o zdrowotność..przez pierwsze lata była okazem zdrowia, niestety od 3 lat w maju łapie mączniaka rzekomego, a latem - rdzę. To pierwsze to głównie zasługa wiosennych wahań temperatur - gdy różnica temperatur pomiędzy dniem i nocą przekracza 10-12 stopni, a do tego bywa mokro i pochmurno, to niestety warunki sprzyjają rozwojowi tego patogenu grzyba. Mimo skrupulatnego usuwania liści jesienią i wiosną (zarodniki mączniaka rzekomego zimują na opadłych liściach) choroba powraca. Od 2 lat nie stosuję też żadnej ochrony chemicznej i być może podatność na choroby wzrosła. Rdza to również przypadłość stosunkowo świeża, pierwszy raz pojawiła się 2 lata temu i prawdopodobnie to zasługa gliniastej ziemi, ale dotyczy głównie tej odmiany, co wyjątkowo dziwi, bo jednak to jedna z "żelaznych" odmian w rankingach zdrowotności. W tym roku deszczowa pogoda w lipcu przyspieszyła rozwój chorób grzybowych i niestety New Dawn nie jest z tym problemem odosobniona..


Nie mniej jednak, przez jakieś tygodnie ta róża to zjawisko - zamieram ilekroć ją mijam rano w drodze do pracy, gdy wracam, a gdy idę po schodach w domu, to przez okno mam takim widok...


Trudno się jej wtedy oprzeć...i mogłabym ją fotografować bez końca. To ukojenie za żmudne, bolesne i czasochłonne wiosenne cięcie wyjątkowo kolczastych pędów. A uwierzcie mi, ona potrafi poharatać ręce, oj potrafi! Mimo, że tak niewinne wygląda...


Nie byłabym sobą, gdybym opowiadając o ulubienicach wśród moich róż, nie wspomniała o Eden Rose. Tej odmiany pewnie większości z Was przedstawiać nie trzeba, ale opowiem o tym jak spisuje się u mnie, zwłaszcza w tym roku. Mam ich w ogrodzie w sumie siedem, większość to egzemplarze 4-letnie. Dość szybko osiągnęła ponad 2 metry wysokości i zbudowała pokaźne krzewy, które co roku regularnie obsypane są kwiatami.

Eden Rose (Pierre de Ronsard), Meilland, 1985
Zauważyłam jednak, że dla wymarzonego efektu kolumny kwiatów konieczne jest umiejętne cięcie, bo pozostawiona sama sobie szybko traci kształt i pokrój. Wymaga co 2-3 lata odmłodzenia pędów - na krzewach, które cięłam tylko kosmetycznie jest znacznie mniej kwiatów, bo potężne pędy (nierzadko konary!) tracą wigor i wydają coraz mniej krótkopędów zawiązujących kwiaty. Na większości krzewów pozostawiłam kilka pędów konstrukcyjnych, które przymocowałam do solidnych podpór, a wyrastające boczne wymagają systematycznego podwiązywania i stabilizowania na metalowych prętach. Zdecydowałam się na solidne, metalowe podpory, bo to ciężka róża - nie tylko ze względu na masę o obwód pędów głównych, ale także ciężar samych kwiatów.
Olbrzymie, zdrowe kwiaty pyszniące się w słońcu - takich dni w tym roku  nie było zbyt wiele..
Kwiaty są bowiem bardzo duże,  kuliste i mocno wypełnione płatkami. Nierzadko zawiązują się w kiściach, co stanowi dodatkowe obciążenie dla krótkopędów i są bardziej podatne na wyłamywanie pod wpływem wiatru i deszczu. Otwierają się powoli - i za to je kochamy! - ale nasiąknięte wodą po deszczach mają tendencję do gnicia i pleśni. Tegoroczne lato ewidentnie im nie sprzyja. Zwykle kwitną ponad miesiąc, jednak ze względu na kapryśną aurę w tym roku kwitnienie nie było tak spektakularne - wiele kwiatów zapleśniało na krzewach, część zgniła przed otwarciem.

Tu w towarzystwie wszechobecnych u mnie dzwonków brzoskwinolistnych - sieją się na potęgę..
Poza tym, mimo że to bardzo zdrowa odmiana i zwykle nie choruje - pod wpływem wilgoci w tym roku się poddała i już pod koniec czerwca liście wyglądały fatalnie. Wszystkie możliwe niemodne kropki, plamy i przebarwienia psuły wrażenia estetyczne. Teraz jest mocno obcięta,  szczerze mówiąc, obraz nędzy i rozpaczy jak na Edena, ale nadzieję dają młode, bordowe przyrosty, które po ok. 2 tygodniach od cięcia zaczęły się rozwijać na krzewach. Za kilka tygodni powinna powtórzyć kwitnienie, a regularnie ogławiana będzie sporadycznie wydawać kolejne kwiaty aż do późnej jesieni. Mimo tegorocznych rozczarowań, Eden niezmiennie pozostaje w czołówce moich ulubionych odmian. A o kolejnych opowiem w następnym poście!

Jasna, kremowa  obwódka i różowy środeczek - tego kwiatu nie sposób pomylić z żadnym innym! Gdyby tak jeszcze uwodziła zapachem..ehh..nie ma róży idealnej ;-) 

Na rabacie bylinowej - z ostróżkami Misty Mauves i czosnkami ozdobnymi Nigrum
W towarzystwie swojej młodszej kuzynki - Mini Eden Rose

10 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawie opowiadasz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, zapraszam do kolejnych postów! Pozdrawiam serdecznie :-)

      Usuń
  2. Kasiu piękne kwitnienia, jak zawsze :) U mnie w tym roku nędza :( Przez cały sezon praktycznie nie mieliśmy opadów (burze i deszcze przechodziły bokiem) i pomimo podlewania ogród kiepsko wygląda. Róże praktycznie nie puściły nowych przyrostów po czerwcowym kwitnieniu i cięciu. Charles Austin (też go uwielbiam) poległ, New Dawn po wiosennym cięciu odmładzającym w tym roku słabsza chociaż jakoś daje radę, a Edeny, które jeszcze nie tak dawno tworzyły piękne ściany kwiatów, musiały być cięte do ziemi. Nawet Veilchenblau mocno ucierpiały (jedną cięliśmy praktycznie do ziemi). Choroby jak zwykle, głównie plamistość ale też nie walczę chemią. Moni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moni, niesamowite, że przy tak wilgotnej wiośnie w większości rejonów kraju u Was panowała susza..W wielkopolsce było wyjątkowo deszczowo i stąd wszystkie choroby róż..z drugiej strony deszcz sprawił, że działka pod lasem się podlewa sama i dzięki temu coś tam żyje, więc są też plusy całej sytuacji ;-)
      Mam nadzieję, że Twoje róże jeszcze nadrobią, a tymczasem fajnie, że możesz podziwiać łany bajecznych bylin i traw, które tą pustkę skutecznie wypełniają. Twój ogród jest przepiękny mimo słabszych kwitnień różanych więc nie ma powodów do smutku. Ściskam mocno Monia!

      Usuń
  3. Charles Austin jeszcze nie zagościł u mnie ale chyba jesienią...nie wiem dlaczego ciągle mam go w głowie a nie na rabacie! Piękny u ciebie! Kobieto jak ty radzisz sobie z New Dawn przy pergoli-toż on potrafi być ogromny, twardy, długi...piękny! I ja także zauważyłam że ma swoje lata piękności a potem jakiś nijaki hmmm myślę o wymianie na młody egzemplarz. Czy u ciebie wypuszcza swoje korzenie? Obkopując mojego zauważyłam ukorzenioną gałązkę i posadziłam oddzielnie-ciekawa jestem czy będzie się różnił od matecznika?! Piękne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga, z New Dawn sobie kompletnie nie radzę...cięcie nawet z wysokiej drabiny to męczarnia bo drugiej tak kolczastej róży na próżno u mnie szukać...po pierwszym kwitnieniu próbowałam ją mocniej przyciąć, ale nie ma szans sięgnąć szczytów pergoli, poza tym złapała potworną rdzę (już 2-3 rok z rzędu) i obrywanie chorych liści też w zasadzie niemożliwe albo co najmniej karkołomne..liczę, że jakoś zakwitnie, choć ta powtórka nigdy nie powala na kolana, a potem jak opadną te zdechlaki to trzeba będzie wyzbierać ile się da i liczyć, że kolejny rok będzie lepszy ;-)
      Co roku ją trochę odmładzam wycinając część starych pędów, ale fakt, że im starsza tym trudniej nad nią zapanować ;-)
      Ukorzenianie róż z pędów daje całkiem dobre efekty i róża powinna być taka sama, daj znać jak rośnie! Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  4. Ten rok był wyjątkowy dla róż, dziwna zima, przymrozki, wiosenno-letnie regularne deszcze, brak słońca - wszystko to uczy pokory i paradoksalnie przyczynia się do podejmowania decyzji o pozbyciu się najbardziej wrażliwych różanych królewien. Czy warto być ich zakładnikiem? ile można chuchać i dmuchać...co z opryskami, czy te ekologiczne wystarczą?
    i wiele innych wątpliwości. Trafiłaś w samo sedno problemu.
    I choć kocham róże jest to jedna z najtrudniejszych miłości z jakimi mi przychodzi funkcjonować w ogrodniczej codzienności.
    Po raz pierwszy też podjęłam decyzję o nieuzupełnianiu miejscówek po różach, które wypadły - i zastępowaniu ich innymi odmianami. (ciekawe jak długo wytrwam w tym postanowieniu ;)
    Eden rose wygląda u Ciebie świetnie, u mnie w tym roku ma połowę swojej dawnej świetności. Nic to pozostaje liczyć na to, że przyszły sezon będzie lepszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asiu, doskonale rozumiem nastawienie..mam podobnie w tym roku. Radość z róż gaśnie z każdą kolejną plagą czy chorobą..delikatesów pozbywam się systematycznie, ale niestety coraz częściej chorują mi żelazne damy jak ND czy Eden. Mimo zdrowej pielęgnacji, ściółkowania własnym kompostem i wszystkich zabiegów nie wszystko od nas zależy. Poza tym ile można? Od wiosny do jesieni chodzę pokaleczona, ciągle coś skubię, przycinam, wzmacniam preparatami eko, a chwile radości z efektów takie ulotne...ehh..życie ogrodnika ;-) Za rok będzie lepiej Asiu! Pozdrawiam serdecznie :-)

      Usuń
  5. U mnie też róże wyjątkowo chorowite. Ale mimo to jestem zadowolona z kwitnienia. W zeszłym roku byłam zła, że kwiaty tak szybko omdlewają. W tym trzymały się stosunkowo długo.
    Teraz czekam na kolejne kwitnienie. Oprysków w tym roku nie zrobiłam żadnych, mimo, że nie jestem tak ortodoksyjna jak Ty w stosowaniu chemii. Po prostu albo nie miałam czasu, albo pogoda była do niczego. Teraz czekam na kolejne kwitnienie i nie ukrywam, że potrzebuję znowu twojej pomocy w urządzeniu rabaty. Szkoda, że nie masz czas na przyjazd do nas. Chyba że masz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu, ja zauważyłam, że jednak wiosenny oprysk miedzianem, który jest dopuszczony w ekologicznych uprawach, jednak sporo pomaga. Ja w tym roku też zaniedbałam temat (najpierw było za zimno, potem za deszczowo etc) i zbieram przykre efekty. W przyszłym roku postaram się pamiętać o tym i jednak zrobić dokładny oprysk miedzianem. Podobnie jak Ty czekam teraz na ponowne kwitnienia, a czas umilają mi jeżówki i trawy :-)
      Co znowu kombinujesz na rabatach? Muszę zajrzeć na Forum ;-)
      Niestety z przyjazdem się nie zapowiadam, będzie ciężko z czasem i dyspozycyjnością :-( Ściskam mocno!

      Usuń

Copyright © 2016 Ogródek Robaczka , Blogger