środa, 21 marca 2018

Wiosno, wiosno...gdzie jesteś?

Astronomiczna wiosna wystartowała, kalendarzowa również, więc postanowiłam wyleźć z nory i oznajmić, że żyję :-)  Kiedy to ja ostatnio pisałam? Yyyy..tak dawno, że nie spodziewałam się, że jeszcze ktoś tu zagląda, ale o dziwo, co jakiś czas dobre ogrodowe duszyczki piszą przemiłe komentarze i mobilizują mnie do wygrzebania się z blogowego niebytu. Dziękuję!



Jesień i zima upłynęły mi nad wyraz szybko i bezboleśnie. Zwykle ten czas mi się dłuży niemiłosiernie, a krótkie dni wpędzają w chandrę. W tym roku jednak było inaczej. W zasadzie nie pamiętam jeszcze tak aktywnego okresu poza sezonem ogrodowym (ha ha ha) ale to z innych względów. Ogrodowo niewiele się działo. Po jesiennych zawirowaniach (dosłownie i w przenośni, orkany wiały i to mocno) znajoma ekipa ogrodnicza pomagała mi odgruzować ogród z wszechobecnych różanych liści, a powyginane drzewa i pergole dostały niezbędne wsparcie. Zwyczajowo już, poza silnym wiatrem i epizodycznym mrozem, zimy w tym roku u nas w zasadzie nie było. Pamiętam zaledwie kilka dni ze śniegiem, gdy piszczałam z radości, że uda mi się obfocić cisy ze świątecznymi światełkami w śniegu.







Taki śnieżny krajobraz zwykle utrzymywał się kilka godzin, więc musiałam się sprężać, ale udało się i jakoś zatrzymałam w kadrze białą odsłonę ogrodu. Potem ogród był troszkę na uboczu, tradycyjnie nadrabiałam literaturę ogrodową i nie tylko, ale mniej więcej od Gardenii stoję w blokach startowych, swędzi mnie sekator i budzi się we mnie ogrodnicze zwierzę. Ciąć, ciachać, kopać, grabić, aaaaa!
Jest to tylko jeden drobiazg, taki tyci tyci kłopocik. Gardenia w tym roku wystartowała pod koniec lutego, czyli mniej więcej wtedy gdy przyszła prawdziwa zima. Nie, nie taka piękna, malownicza zima z cudownymi czapami śniegu na cisach, jaką witamy z otwartymi ramionami w grudniu, o nie! Zima na przełomie lutego i marca z kilkunasto stopniowym mrozem i przenikliwym wiatrem, który sprawia, że nawet szybka runda po drewno do kominka to wyprawa.






Szybko skalkulowałam, że skoro mi tak zimno w czapie i polarze, to co mają powiedzieć te bidulinki przebiśniegi, które zaczęły nieśmiało rozkwitać w lutym? Bez większego namysłu (a szkoda...) zawzięłam się w sobie, opatuliłam się po szyję i wytargałam kilkanaście kubełków kompostu liściowego, żeby okryć kępki przebiśniegów. Potem poszłam za ciosem i dokupiłam 10 worków kory żeby rozsypać na pierwsze zielone noski żonkili, krokusów i tulipanów. W poczuciu dobrze wypełnionego ogrodniczego obowiązku czekałam na lepsze dni.







W końcu przyszło kilka ciepłych dni i postanowiłam rozgarnąć kopce, bo wiadomo, bez światła będą się wyciągać, zżółkną etc. Po odkopaniu przebiśniegów okazało się, że dość mocno je zmasakrowałam tymi pierzynkami z kompostu, ale szczęśliwie, nie wszystkie udało mi się okryć, a te które mi umknęły w szale okrywania... wyglądały doskonale. Po raz kolejny ogrodnicza nadgorliwość nie wyszła mi na dobre, a przyroda poradziła sobie lepiej bez mojej interwencji. Rozgarnęłam korę z pozostałych cebulowych (oczywiście czosnki też połamałam) i kiedy już na dobre wystartowały zielone pióropusze czosnków i krokusów, a przebiśniegi rozchyliły czapeczki..  znowu przywiało arktyczne mrozy. Tym razem zima zaskoczyła nie tylko drogowców, bo mi też jakoś umknęły te prognozy i nie zdążyłam niczego przysypać. Może na szczęście? ;-)



Połowa marca minęła i choć słyszałam już nieśmiały śpiew kosa, to wiosna jeszcze mocno w powijakach.  Mróz wyhamował wiosenne symptomy w ogrodzie, a ziemia wciąż zmrożona i wcale nie dziwię się, że nawet krokusom nie chce się wyłazić. Zielone jeszcze niedawno kiełki narcyzów Tete-a- Tete, teraz smętnie wystają nad ziemią zaschnięte. Pierwsza pszczoła już się obudziła i zawzięcie zbierała pyłek z przebiśniegów, ale co ona biedna pocznie w ten mróz??



Sprawdziłam zdjęcia z lat ubiegłych z tego okresu i takiej bidy w marcu moja biblioteka zdjęć nie pamięta. Na palcach mogę policzyć aktualnie kwitnące krokusy i gdyby nie przebiśniegi od mojej kochanej babci, to nie wiem na co bym patrzyła z kuchennego okna.



Wracając jednak do tego, co udało się zrobić, zanim zima postanowiła się rozgościć w marcu. Wykorzystałam dwa cieplejsze weekendy w lutym, gdy świeciło słonko i pachniało wiosną na przycięcie glicynii. Dla tych, którzy jeszcze tego nie zrobili to ostatni dzwonek. Tniemy nad trzecim oczkiem, pozostawiając krótkopędy na których rozwiną się kwiaty. Albo i nie, jeśli mróz je skosi w maju, ale tym nie będę się teraz martwić ;-) W każdym razie przyciąć trzeba bo inaczej glicynia pójdzie w masę liściową i plątaninę pędów, która w krótkim czasie zarośnie swoją podporę, rośliny obok, a jeśli jest ich cztery - jak u mnie - to również z powodzeniem może zarosnąć dom i cały ogród zanim rozpędzi się na działkę sąsiadów :-) Więcej o moich glicyniach możecie poczytać TU.



Glicynie przycięte, więc czas na róże. Gdyby nie przenikliwy mróz na pewno startowałabym już z cięciem, nie czekając na kwitnące forsycje. Nigdy na nie nie czekam, a cięcie nierzadko zaczynam już w lutym. W tym roku grafik mam nieco bardziej napięty, a pogoda też nie współpracuje, więc róże czekają na lepsze dni. Moje i pogodowe.



Cięcie róż powinno się doczekać rzetelnego postu i ...może się kiedyś doczeka, a tymczasem ja czekam na wiosnę. I to nie tylko astronomiczną, która od wczoraj, ani nawet nie kalendarzową, która od dzisiaj, ale na tą prawdziwą, gdy z przyspieszonym tętnem masz ochotę biec do ogrodu i przy akompaniamencie niestrudzonego kosa witać każdą kiełkującą roślinkę i pączek jak starych znajomych. Tymczasem, wyjrzałam przez okno - pada śnieg. O nieeeeeeeeee!

14 komentarzy:

  1. Fajnie, że wróciłaś Robaczku :-). Co do posta o cięciu róż jestem za, jak najbardziej za. Mimo czytania literatury tzw. fachowej, oglądania filmików na YT - ciągle czuję się niepewna, gdy mam ruszyć z sekatorem na róże.

    Wczorajszy śnieg też mnie zaskoczył, człowiek już żegna się emocjonalnie z zimą, już widzi się w ogrodzie, a tu bach...

    Mam nadzieję, że teraz posty będą częściej się pojawiały ;-). Pozdrawiam serdecznie i (mimo wszystko) wiosennie - silvarerum

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to między innymi dzięki Tobie!
      Postaram się opisać i obfocić cięcie róż, choć to łatwe nie będzie, bo jak zaczynam ciąć to z aparatem mi nie po drodze ;-)
      Pozdrawiam również!

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. hahaha :-D
      Czekam na wspólne cięcie! Pozdrowionka

      Usuń
  3. Kasia, ty się ciesz, u mnie pół metra śniegu. Kiedy to zejdzie :( Mrozy były krótko ale spore, martwię się o moje kwasoluby. Japonki, rododendrony nie przepadają za takimi ekscesami.
    I ja już nie mogę się doczekać prac wiosennych. Trochę zrobiłam, ale jak to wiosną pracy zawsze sporo.
    Pozdrawiam wiosennie ale śnieżnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorotka, pół metra śniegu to solidna kołderka na te mrozy..u nas bezśnieżnie od stycznia gdy zrobiłam te fotki. Wczoraj trochę popadało, ale to musztarda po obiedzie, teraz już tylko czekamy na słonko i boćki!
      Trzymam kciuki za kwasoluby, mam nadzieję, że jednak nie ucierpiały.
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  4. Bardzo się cieszę, że wiosna również na blogu!
    Podglądałam cała zimę i cierpliwość została nagrodzona.Moja ciekawość szczególnie dotyczy tworzenia nowego ogrodu.Byłabym wdzięczna za pokazanie co się tam działo.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj! Wraz z nadejściem właściwej wiosny (w maju???) będę mogła ocenić co przetrwało na działce, co wypadło, etc. Na pewno w minionym roku uschło kilka brzóz i sosen, ale ogólnie bilans jesienią był pozytywny. Zobaczymy co przyniesie ten rok, ale na pewno nowy ogród doczeka się posta :-) Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Ja też tu wchodziłam i wchodziłam, pewnie aż przeciąg czułaś.
    Fajnie, że jesteś, może wiosnę przytaszczysz ze sobą?
    U nas czubki irysów zmrożone, nie wiem co z nich będzie. Czosnki główkowate w mrozy wyglądały jakby padły- zdechłe połamańce, ale teraz wstały i trzymają pion. To są dopiero bohaterowie!
    Oby do wiosny, tez prawdziwej, bez śniegu, z temperatura dodatnią.
    Marta/magnolia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Martusia! Jak miło, że jeszcze zaglądasz :-)
      Ja też się martwię cebulowymi :-( Zwykle po takich późnych mrozach tulipany są znacznie słabsze, karłowacieją, nie rozwijają pełnych kwiatów etc. Czosnki wydają się odporniejsze..iryski u mnie też podsuszone, podobnie jak żonkile..ehh..no nic, zobaczymy. Coś mi jednak podpowiada, że jak wiosna się rozkręci na dobre to kolorów i tak nam nie zabraknie ;-)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  6. Super, że wróciłaś. U nas na wschodzie jeszcze sporo śniegu, wszystkie kiełki cebulowych zastopowane. W weekend wystawa Green Days i liczę, że zrobi się bardziej wiosennie a mi wróci zapał (bo na razie wolę grzać się przy kominku).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Asiu!
      Zapał u mnie też nie wystudził padający od rana znowu śnieg :-( Ja nie zamawiałam! Udanej wystawy, oby udało się znaleźć tam wiosnę :-)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  7. A ja nawet nie wiem jakie mam widoczne straty po tych mrozach. Nie mam kiedy wyjść do ogrodu. Nawet w weekendy mnie nie ma. Cóż ten rok nie tylko dla Ciebie będzie trudny. Mam nadzieję jednak, że ten jeden malutki kłopocik pozwoli Ci na prace w ogrodzie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kasiu nareszcie jesteś ! Mam nadzieję, że częściej będziesz pokazywała swój cudowny ogród. Liczę również na obszerniejszą relację z nowego ogrodu. Pamiętam Twoją wizualizację, bardzo jestem ciekawa czy trzymasz się planu i co Ci się już udało zrobić.
    Kasiu, zaglądaj tu częściej ! M.
    Byłoby cudownie, gdyby udało Ci się zrobić fotorelację z cięcia róż. Ja dzisiaj kilka ciachnęłam, ale wciąż mam z tym problem

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Ogródek Robaczka , Blogger